środa, 10 sierpnia 2016

Wędrówki po Stambule, cz. II - "Czarna księga"

Duszny, irytujący, niezrozumiały.
Kołyszący, krzepiący, zamykający czytelnika jak w kokonie.
*
Doprowadzający do furii rozmaitymi dywagacjami.
Wyczekiwany, powodujący tęsknotę za wykreowanym przez niego światem.
*
Oniryczny, fantasmagoryczny, drażniący do bólu i szalenie skomplikowany.
Podający czytelnikowi znakomite definicje, nieoczekiwanie trafne sugestie, zaskakujące przemyślenia.

Taki jest Orhan Pamuk, takie było moje pierwsze z nim spotkanie. "Czarna księga" doprowadzała mnie do furii i kusiła jednocześnie. Z jednej strony miałam jej serdecznie dosyć, z drugiej - nie mogłam się oderwać. W chwilach zdenerwowania myślałam o tym, że przecież wieczorem znów sięgnę po Pamuka, a mając czytnik wypchany po brzegi ciekawymi nowościami - do Pamuka chciałam wracać.
Bo to szaleniec i geniusz. A przynajmniej tak jawi się w "Czarnej księdze".
Najdziwniejsze jest to, że nie jestem tak do końca pewna, o czym jest książka, która tak mnie pochłonęła. Może to właśnie było zamiarem pisarza? Pokazać nam, że to on steruje czytelnikiem?
Taka jest bowiem główna myśl "Czarnej księgi": nigdy, ani przez chwilę nie jesteśmy sobą i nigdy nie spełniamy pragnień, które byłyby tak naprawdę nasze. Zawsze chcemy kogoś udawać, komuś się przypodobać, kogoś zadowolić. Wyobrażamy sobie siebie jako kogoś zupełnie innego. Wcielamy się w rozmaite role. Żyjemy tak, jak według naszych wyobrażeń, oczekują tego inni. Ani sekundy życia nie przeżywamy jako prawdziwi my.
Taka refleksja zatacza szerszy krąg: Wschód tak bardzo chce się upodobnić do Zachodu, że traci swoją tożsamość. To z kolei rodzi nieprawdziwe "spiskowe teorie dziejów". Zarówno Wschód jak i Zachód naprzemiennie lekceważą swoje największe świętości, co z kolei prowadzi do nieuchronnej klęski w danym momencie dziejowym. Odejście od własnych korzeni, wykpiwanie tradycji (np. rodzinnych), obyczajowości, lekceważenie dnia codziennego i upodabnianie się za wszelką cenę do innych - prowadzi do tragedii, do tożsamościowego "rozmycia", podążania ślepo za tłumem, bycia samotnym wśród najbliższych, ślepym, bezradnym.
Do takich wniosków stopniowo dochodzi Galip, adwokat, którego niespodziewanie opuściła żona. Razem z żoną znika także jej przyrodni brat, znany felietonista i wielki erudyta - Celal. Galip, o wiele lat młodszy od Celala, całe życie niezmiernie go podziwia i bardzo chce się do niego upodobnić. Gdy kuzyn znika, Galip stopniowo wchodzi w jego tożsamość, przeprowadza się do jego mieszkania i - pod pretekstem poszukiwania obydwojga zaginionych - krok po kroku staje się Celalem. Czyta wszystkie jego, gromadzone przez wiele lat felietony i artykuły. Pisze za niego. Ogląda olbrzymie archiwum, na które składają się tysiące książek, zdjęć, pism dotyczących historii Stambułu, jego kultury, sztuki, literatury, spisków politycznych, planowanych puczów, czy wreszcie mnóstwo fotografii i artykułów związanych z popkulturą zachodnią.
W I-szej Księdze Galip, szukając żony, przemierza ulice Stambułu, przesiaduje w kawiarniach, pociągach i co krok napotyka ludzi, którzy opowiadają mu rozmaite historie, związane z kryzysem tożsamości: osobistej lub kulturowej i cywilizacyjnej. Mówią o nieodpartej potrzebie naśladownictwa.
II Księga jest trudniejsza. Galip trafia w archiwum Celala na historię bractwa, które głosi, iż na twarzy każdego człowieka widoczne są... litery. Jeśli odczytamy je w odpowiedni sposób, według określonych zasad, odkryjemy największe tajemnice danej osoby... Galip, który stara się wcielić bez reszty w postać swego kuzyna, znów przemierza Stambuł, usiłując odnaleźć ukryte w mieście wskazówki, symbole, sekrety i - nade wszystko - litery...
  Niecodzienne, prawda? Dużo wysiłku kosztowało mnie "ogarnięcie" całości. Nie pamiętam już poszczególnych zdarzeń, dialogów, tego kto i jaką historię opowiedział, ale pozostanie we mnie wspomnienie literatury najwyższych lotów i wrażenie, że bardzo wiele się nauczyłam: o ludzkiej kondycji, pragnieniach, różnicach kulturowych, które - co ciekawe - według tej powieści są nie do przeskoczenia. Noblista zdaje się mówić, że mieszanie kultur w jednym tyglu nie jest dobre i na dłuższą metę nie ma żadnej wartości. Osłabia, zamiast nieść cokolwiek pozytywnego. Prawdziwie wartościowe jest szanowanie własnych tajemnic, zwyczajów i świętości. To one sprawiają, że naród jest silny i interesujący. Nasze życie, kultura, sztuka opierają się na naśladownictwie i jest to nie do uniknięcia. Dlatego naśladując celowo i z rozmysłem, częściej niż wypływa to z naturalnej kolei rzeczy - gubimy się, ujednolicamy i... osłabiamy. Poznawajmy inne kultury, ale nie starajmy się upodobnić do ludzi, którzy w nich żyją. Bądźmy erudytami, ale nie piewcami i pochlebcami. To nasze tajemnice i nasze świętości czynią nas wyjątkowymi.
Nie napiszę, że polecam Wam "Czarną księgę". O wiele więcej dobrych recenzji zebrała "Dziwna myśl w mej głowie". "Czarna księga" jest szalenie trudna, wymagająca potężnych nakładów czytelniczej cierpliwości. "Dziwna myśl..." jawi się raczej jako wciągająca opowieść, saga rodzinna z humorystycznymi momentami.
Cóż - ta lektura jeszcze przede mną. Zdam Wam relację z kolejnych wrażeń.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Wędówki po Stambule, cz. I - "Uczeń architekta"

Stambuł XVI wieku. 12-letni Hindus, Dżahan, przybywa tu jako opiekun białego słonia, daru dla sułtana Sulejmana. Ze zwierzęciem łączy go niebywała więź i dramatyczna historia. Wydawałoby się, że w menażerii pałacu chłopiec i słoń nareszcie znajdą odrobinę spokoju, ale - nic bardziej mylnego. Dżahan jest szantażowany i ma regularnie okradać bogaczy z najbliższego otoczenia, od słonia zaś oczekuje się, że będzie "czymś więcej" niż jest. Nie liczy się wierność zwierzęcia, jego spokój, łagodność i przywiązanie do opiekuna. Czhota ma stać się słoniem bojowym i cyrkowym jednocześnie, a Dżahan ma go do obydwu tych funkcji przygotować.
W sułtańskim namiocie, niemal na polu bitwy, chłopiec spotka Bohatera swego życia - nadwornego architekta. Ten widząc niebywały spryt dzieciaka, weźmie go pod swoją opiekę, pośle do szkoły, uczyni jednym ze swych pomocników i sprawi, że Dżahan będzie brał udział w powstawaniu najwspanialszych budowli Stambułu - miasta, które pozornie wygląda jak ze snu. Miasta potęgi i chwały.
Po wojnie chłopiec i słoń przez chwilę będą żyli spokojnie. Jednak pewnego dnia Architekt otrzyma rozkaz budowy meczetu dla córki Sulejmana i podejmie się naprawy starych akweduktów oraz udoskonalania sieci wodociągowej. Od tego momentu napięcie zacznie niebezpiecznie rosnąć. Wokół mistrza zaczną gromadzić się wrogowie, szantażowany Dżahan zostanie znów "przywołany do porządku" przez swego śmiertelnego wroga, no i - spotka się z mężem kobiety, którą od lat kocha, wielkim wezyrem, sułtańskim... zięciem. Nie będzie to szczęśliwe spotkanie...
Nie sposób streścić tej powieści, bo jest tekstem potężnym, o niebywałym rozmachu. Jest tu i baśniowość, i romans, i przygoda. Szantaż, zdrada, niebezpieczeństwo.
Zobaczymy Stambuł jako miasto kontrastów. Z jednej strony objawi nam się jego potęga i niekwestionowane piękno, z drugiej - ujrzymy niewolnictwo i egzekucje, samosądy i ulice skąpane we krwi "niewiernych". Odwiedzimy mroczne więzienia i komnaty seraju.
"Uczeń architekta" to powieść przebogata, wspaniała, to jedna z tych książek, między wersami której czytelnik zostawia fragment własnej duszy. A rozstanie z nią jest tak przykre jak rozstanie z kimś bardzo bliskim. Przepiękna. Mądra. Totalna. Mam marzenie: wziąć "Ucznia..." w wersji papierowej i lecieć do Stambułu. Przemierzyć miasto z książką w ręku. Wszak Mistrz Sinan istniał naprawdę. :)

poniedziałek, 25 lipca 2016

Podróż z powieścią w ręku - Spinalonga, wyspa trędowatych.


Spinalonga to niewielka wysepka na wschód od Krety. W XVI wieku Wenecjanie stworzyli na niej fortecę i wyspa stała się terenem nie do zdobycia. Z początkiem XVIII wieku na mocy traktatu politycznego przypisana została Turkom, którzy później, podczas rozmaitych antytureckich wystąpień na Krecie, chronili się na Spinalondze jako uciekinierzy.
Wyspa spodobała im się tak bardzo i tak doskonale służyła przemytniczym celom, że nie chcieli jej opuścić nawet po odzyskaniu przez Grecję niepodległości. Wtedy to Grecy wpadli na pomysł, by otworzyć na wyspie leprozorium. Kolonię dla trędowatych.
O Spinalondze dowiedziałam się z mapy Krety, przewodników, a potem poczytałam o niej w literaturze pięknej. Victoria Hislop stworzyła bowiem poruszającą powieść - “Wyspa” - której akcję osadziła na Spinalondze i w najbliżej położonej, kreteńskiej wiosce Plaka. Dzieje Spinalongi wywarły na mnie tak potężne wrażenie, że w tym roku, ścieżka po ścieżce, budynek po budynku, wyruszyłam śladem bohaterek powieści.
Przede wszystkim uparłam się, że nie popłyniemy na Spinalongę statkiem z Agios Nikolaos, ze zorganizowaną wycieczką i przewodnikiem. Chciałam wyruszyć z Plaki, zwykłą łodzią, i była to bardzo dobra decyzja.
Plaka jest małą, rybacką wioską u podnóża szarych, przytłaczająco nagich, potężnych gór, które zdają się na nią napierać. Wrażenie jest niesamowite, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie, że i w tej cichej wsi rezydowali naziści, a w wśród stromych wzgórz ukrywali się alianci. Góry zdają się przygniatać, sprawiają, że mamy wrażenie duszenia się. Gdy odwrócimy się do nich plecami ujrzymy turkusowe morze i Spinalongę niemal na wyciągnięcie ręki. I to dopiero jest trudne... Ta świadomość, że w tak porażającej bliskości wiosek, kurortów i tętniącego życiem świata znajdowała się kolonia trędowatych, z której nie było powrotu.
Trądem można się zarazić jedynie przez bardzo bliski kontakt z chorym. Niestety, mieszkańcy Krety rzadko zdawali sobie z tego sprawę i sąsiedztwo wyspy bywało dla nich źródłem wielkiego lęku. Ze strony trędowatych rzecz cała przedstawiała się jeszcze dramatyczniej. Mogli obserwować, co dzieje się przed domami i na ulicach wiosek, ze świadomością, że nigdy nie dostaną się na drugi brzeg; nie będą uczestniczyć w wydarzeniach rozgrywających się w odległości tak niewielkiej, że silna osoba mogłaby ją pokonać wpław. Szczególnie tragiczne było to dla osób, które zachorowały w Place i musiały ją porzucić, by do końca życia mieszkać tuż obok. Oczywiście widywanie się z osobami zdrowymi nie było możliwe, a gdy wśród trędowatych urodziło się zdrowe dziecko, było wywożone poza kolonię.


Zwiedziłam ogromną część Krety, ale chyba nic nie wywarło na mnie takiego wrażenia, jak ta bliskość właśnie. Mało tego, pierwszym, co rzuca się w oczy są okna dwóch szpitali, ślepo ziejące w stronę tawern, plaż, domów i ulic. To tam umierali mieszkańcy, a choć trądem trudno się zarazić i nie zawsze przebieg tej choroby jest tak spektakularny, jak podają opisy literackie, to jednak śmierć jest torturą. Gdy po wycieczce usiedliśmy w tawernie, zupełnie nie mogłam skupić się na posiłku. Bliskość tego miejsca jest porażająca, po prostu niesamowita.
Tymczasem w Place życie toczy się odwiecznym rytmem. Jest tu cicho, spokojnie, w powietrzu unosi się zapach morza i pieczonych na grillu potraw. Przy tawernach motorówki oczekują na chętnych do odbycia wycieczki na Spinalongę. To był nasz cel.


***

Po dotarciu do przystani przeszliśmy przez długi tunel. Tędy właśnie biegła - w pewnym sensie ostatnia - droga chorych. Ze świata ludzi zdrowych, który opuszczali na zawsze, wędrowali do miejsca, gdzie czekała tylko śmierć. A jednak po wyjściu z tunelu odsłaniał się przed nimi widok dość nieoczekiwany.
Jest tu bowiem ulica miasteczka, na której musiało tętnić życie! Widzimy domy o kolorowo pomalowanych okiennicach, donice z żyjącymi niegdyś kwiatami, wysuszone na pieprz, ale jednak istniejące przydomowe ogródki, a dalej miejsce pełniące funkcję ratusza, piekarnię (?) z szeroką ladą i wielkim piecem oraz malowniczy kościółek św. Pantalejmona, którego szczególnie ukochali chorzy.


Na wyspie są trzy kościółki, ale to właśnie ten miał dla trędowatych największe znaczenie. Tu odbywały się ważne uroczystości, śluby (tak, tak) i pogrzeby. Nad kościołem natomiast wznosi się serce niegdysiejszej twierdzy oraz dwa szpitale. Stary, gdzie chorzy przebywali w skandalicznych warunkach, stłoczeni jeden na drugim, bez podziału na płeć, oraz nowszy – wybudowany po naciskach na ateński rząd.
Przy głównej ulicy mamy jeszcze zbiorniki na wodę oraz – mieszczące się w dawnych mieszkaniach – muzeum wyspy.
Gdy wejdziemy na nieco wyższe partie Spinalongi - porzucając teren leprozorium i skupiając się bardziej na wenecjańskiej twierdzy - ujrzymy zapierające dech widoki na morze i sąsiednią wyspę.

***

Na Spinalongę przywiodła mnie przede wszystkim powieść Hislop - rzecz o czterech pokoleniach rodziny rybaka z Plaki, na której dziejach trąd położył się szczególnie głębokim cieniem. Znajdziecie tu szczegółowe opisy życia trędowatych na Spinalondze oraz okoliczności, w jakich stąd odpłynęli. Ja nie będę zdradzać Wam wszystkiego, bo powieść jest naprawdę świetna i bardzo wzruszająca. Faktem historycznie dowiedzionym jest jednak to, że mieszkańcy Spinalongi stworzyli sobie takie warunki życia, jakich zazdrościł im niejeden mieszkaniec stałego lądu.
Była to społeczność doskonale zorganizowana, której nie imała się wojna czy jakiekolwiek zewnętrzne problemy. Wśród chorych zdarzały się osoby, dla których wyspa – zamiast być zesłaniem – stała się wybawieniem. Niektórzy, po wyleczeniu, nie byli w stanie odnaleźć się na kontynencie.
Mieszkańcy okolicznych terenów w którymś momencie przełamali swój lęk i – w czasie wojny, głodu, nędzy – rozmaite towary przewozili właśnie ze Spinalongi. Życie w pobliżu tej kolonii obfitowało w skrajne emocje. Niekiedy chciano spalić trędowatych żywcem, niszcząc wszystko, co na wyspie stworzyli, a innym razem – przywożono od nich pieczywo.
Spinalongczycy opuścili to zadziwiające więzienie, gdy wynaleziono lekarstwo na trąd. Grupa chorych, która na nie nie zareagowała, została wysłana do Aten, a całą kolonię definitywnie zamknięto w 1957 roku.
Jeśli znajdziecie się na Krecie, płyńcie na wyspę albo wczesnym rankiem, albo późnym popołudniem. Tylko wtedy unikniecie tłumów ludzi, którzy chyba nie do końca zdają sobie sprawę z tego, w jakim tragicznym miejscu się znaleźli. Żenujący jest widok osób podśpiewujących pod nosem, czy robiących sobie karpiowate selfie.
Nam udało się zostać na Spinalondze niemal w samotności i to dopiero było niezwykłe doświadczenie. W którymś momencie poraziła nas totalna, absolutna cisza. Nawet cykady nie grały. Gdzieś uderzyła, wisząca na jednym zawiasie okiennica, a gdzieś skrzypnęła rama po drzwiach.








 Jest to miejsce niezapomniane, tragiczne i jednocześnie niosące sporą dawkę optymizmu. Wymaga też odrobiny wrażliwości. Nie przewijajmy dzieci pod szpitalem i nie podrygujmy w rytmie zorby, bo to nie czas i miejsce. Spinalonga to dożywotnie więzienie, miejsce strasznej i - do pewnego momentu - nieuchronnej śmierci w niezmiernym cierpieniu. Od innych leprozoriów różni ją to, że mieszkańcy nie zamierzali rozmyślać o bolesnym zakończeniu swego bytu, tylko świetnie zorganizowali sobie ostatnie chwile. Doceńmy to.
Na szczęście nie jestem osamotniona w moich wrażeniach. Sąsiedzi z hotelu, których również namówilimy na tę wyprawę, wrócili wstrząśnięci i natychmiast zakupili “Wyspę” po angielsku.
Życzę Wam, aby w razie wyprawy, Wasze wrażenia były podobne.
Do oglądania większej ilości zdjęć zapraszam TUTAJ.


piątek, 8 lipca 2016

"Harda" - w świecie Piastów i wikingów

Urwała się. Skończyła nie wiadomo, kiedy. Pozostawiła ten znany chyba wszystkim czytelnikom żal, że to już koniec. Teraz trzeba czekać do jesieni na kontynuację. I poczekam, bo rzecz znów jest tego warta.
"Harda" to piękna, nieco fantasmagoryczna opowieść o córce Mieszka I, Świętosławie, zwanej Sigridą; o jej miłości do prawowitego, norweskiego następcy tronu; o chrześcijańskiej wierze i królowaniu na ziemiach Szwecji oraz Danii.
I nie, absolutnie nie robią na mnie wrażenia wszelkie jadowitości podkreślające, iż tekst rzekomo rozmija się z prawdą historyczną. Bo nie uczę się historii z literatury pięknej. Od tego są inne źródła. Dla mnie najistotniejsze jest, że "Harda" to powieść, która podtrzymuje wiarę w ludzi, w ideały, w tradycję, potęgę i niezłomność. To kolejny tekst, który pozwala nam przenieść się w świat prawdziwej, ugruntowanej, niepodważalnej siły. Siły rozumu, konsekwencji, nieodwołalnych decyzji i umiejętności przewidywania.
Potęga Piastów, Mieszka i Bolesława, wiąże się tutaj z potęgą wikingów. Miłość? Człowiek ma nad nią panować w imię wyższego dobra. I bohaterowie, choć zbuntowani i hardzi, zdają się to rozumieć. Bo potrafią - jak wspomniałam - przewidywać konsekwencje swoich poczynań i kroki przeciwników. Świat "Hardej to świat krwawy i zbrodniczy, ale w pewien sposób idealny. Budzący ogromną tęsknotę, bo utracony bezpowrotnie.
Mieszko I stał się dla mnie odpowiednikiem Vita Corleone w literaturze polskiej, a Świętosława urzekła umiejętnością przekuwania porażki w sukces i atut. Dziękuję Elżbiecie Cherezińskiej nie za przedstawienie faktów lub ich brak, ale za doskonały nastrój podczas czytania powieści. Po raz kolejny, obcując z jej tekstem podziękowałam w myślach za literaturę i bohaterów, którzy wciąż uczą PO CO żyć.


poniedziałek, 4 lipca 2016

"Światło, którego nie widać" - o słusznej nagrodzie dla świetnej książki.

Cenię sobie powieści nagrodzone Pulitzerem czy nagrodą Booker Prize. Są uniwersalne, ponadczasowe, zadają mnóstwo pytań, często każą poczynić spore zmiany w światopoglądzie.
"Światło, którego nie widać" to powieść smutna, piękna, bardzo wzruszająca, godna zachwytów, z jakimi się spotkała i nagrody, którą otrzymała.
Oto w Paryżu sześcioletnia Marie-Laure powoli traci wzrok, żegnając się z książkami, które tak uwielbiała czytać i tajemnicami potężnego muzeum przyrodniczego, które kochała odkrywać. Ojciec, ślusarz w tymże muzeum, prawdziwa "złota rączka", czyni wszystko, co w jego mocy, by córka nadal mogła się rozwijać i bezpiecznie poruszać po mieście. Konstruuje dla niej wspaniałe, szczegółowe makiety paryskich ulic, dzięki którym dziewczynka coraz lepiej orientuje się w świecie i przyzwyczaja do nowej sytuacji.
Gdy wybucha wojna, Marie-Laure trafia wraz z ojcem do maleńkiego, bretońskiego miasteczka, gdzie spotyka - załamanego po I wojnie światowej i z lekka niepoczytalnego - stryjecznego dziadka. Ten pokazuje jej przedmioty zgoła magiczne, radio i patefon, zdradzając tym samym pewną swoją tajemnicę. Ojciec zaś przystępuje do konstruowania kolejnych makiet, czym ściąga na siebie uwagę posłusznych nazistom sąsiadów.
Jednocześnie, daleko w Niemczech, młodziutki acz genialny Werner, sierota z domu dziecka, dostaje się pod "opiekę" nazistów. Trafia do ekskluzywnej szkoły, gdzie jego niebagatelne zdolności konstrukcyjne zaczynają być dostrzegane przez najwyższe władze i wykorzystywane w tajemniczym celu.
Pewnego dnia Werner trafi do tego samego miasteczka, w którym żyje rodzina Marie. Naziści upomną się o wszystkie istniejące w miasteczku radia i dziewczynka stanie przed problemem zdradzenia tajemnicy stryja. W Paryżu natomiast psychopatyczny, niemiecki znawca minerałów zacznie poszukiwać legendarnego klejnotu. Tego samego, który - być może - zabrał ze sobą ojciec Marie. Naziści zaczną otaczać niczego nieświadomą rodzinę coraz ciaśniejszym kręgiem...
I nie, nie jest to romans. Zdradzę Wam, że główni bohaterowie spotkają się tylko na jeden dzień i będą ze sobą przebywać jedynie kilka godzin. "Światło..." opowiada o potężnej, wzruszającej miłości i ogromnym poświęceniu, ale dotyczą one przede wszystkim członków rodziny. Mówi też o niezwykłej przyjaźni: między starszym panem a jego gospodynią, między członkami malutkiej sąsiedzkiej społeczności, czy między dwoma chłopcami z nazistowskiej szkoły. Ten ostatni wątek, tragiczny, poruszający do żywego, na zawsze zostanie Wam w pamięci. Nawiązuje on do mrocznego tematu wychowywania niewinnego dziecka na nazistę, zmieniania jego osobowości i światopoglądu, przekształcania wrażliwego chłopca w maszynę do zabijania.
Spokojne życie w urokliwym, bretońskim miasteczku, szum fal, zapach morza i rozgrzanego słońcem powietrza, sielskość i pogoda, będą się tu przeplatały z koszmarem nie tyle wojny jako takiej, co przede wszystkim z makabrą życia dzieci, oddanych pod nazistowską pieczę.
Książka Was zauroczy i pochłonie, nie mam co do tego większych wątpliwości. Jeśli jeszcze po nią nie sięgnęliście - poświęćcie jej kilka najbliższych pięknych, letnich wieczorów. Z dobrym nie ma sensu zwlekać...

Moja ocena: 5.5/6

"W dół" - porwanie w Górach Skalistych

Są powieści budzące emocje skrajne: jednych wciągają bez reszty, inni będą ziewać na samo ich wspomnienie. Jeśli prześledzimy recenzje książki Tima Johnstona okaże się, że należy ona do takich właśnie teksów, ja jednak bez wątpienia zaliczam się do czytelników, którym ta historia nie tylko kazała solidnie zarwać noc, ale i pozostawiła z mnóstwem pytań...
Gdy osiemnastoletnia Caitlin otrzymuje od rodziców prezent w postaci wakacji w Górach Skalistych, nikt nie wie, jaką tragedią wakacje te się zakończą. Dziewczyna ma je spędzić na bieganiu i treningach, ponieważ dostała się właśnie do wymarzonej, sportowej szkoły i chce za wszelką cenę utrzymać jak najwyższą formę. Już pierwszego poranka wydarza się to, co w świadomości chyba wszystkich rodzin funkcjonuje jako jeden z największych koszmarów. Caitlin znika bez śladu, a z gór zostaje zwieziony towarzyszący jej brat, z pogruchotaną nogą, uparcie utrzymujący, że niczego nie pamięta.
Jeśli jednak ktokolwiek spodziewałby się od tego momentu wartkiej akcji, pościgów i śledztwa, mógłby mocno się rozczarować. Śledztwo zostaje bowiem przekazane w ręce szeryfa i toczy się z dala od czytelniczych oczu, a „W dół” zamienia się w głęboką powieść psychologiczno-obyczajową.
Rodzina Caitlin się rozpada. Matka staje oko w oko z dawnymi demonami i - zawładnięta bez reszty przez dwie tragedie - trafia do szpitala psychiatrycznego. Na plan pierwszy wysuwają się natomiast świetnie wykreowane sylwetki ojca i brata. Początkowo obydwaj przenoszą się w okolice zaistniałego dramatu, by wciąż szukać. Brat dziewczyny, Sean, nie potrafi jednak pogodzić się ze swoją rolą w całym zdarzeniu i widząc jałowe efekty owych poszukiwań – ucieka od ojca. Rozpoczyna tym samym własną wędrówkę po Stanach, która również nie zakończy się sukcesem. Grant natomiast, pracując na pewnej farmie, będzie starał się chronić jej starego właściciela przed okrutnym synem.
W tle cały czas śledzić będziemy również dramat Caitlin i jeśli ktoś uważa, że powieść jest nudna, najwyraźniej nie dotarł do tych momentów. Od pewnej chwili akcja nabierze bowiem niesłychanego tempa, zagadka zacznie gonić zagadkę, a autor udowodni nam, że nic w życiu nie jest oczywiste i czasami podczas największej burzy ster warto oddać osobie... najmniej zaufanej.
Dzikie i bezwzględne Góry Skaliste nie będą chciały uwolnić swej ofiary i niezdobytym pierścieniem zamkną też jej tajemnice. Czy komukolwiek uda się rozwiązać zagadkę zaginionej dziewczyny? Czy poturbowana rodzina będzie mogła zacząć nowe życie? Czy kiedykolwiek warto przestać szukać? Sprawdźcie sami, zachęcam i polecam. „W dół” to pierwsza powieść tych wakacji, dla której solidnie zarwałam noc i zostałam z wieloma pytaniami - co bardzo, bardzo sobie cenę...

Moja ocena: 5/6

środa, 15 czerwca 2016

Zatrute ciasteczko - o małoletniej trucicielce z angielskiej prowincji...

Brakowało mi takiej powieści... Opartej na tradycyjnych wartościach, gloryfikującej umysłową błyskotliwość i inteligencję, skrzącej się dowcipem i wielopłaszczyznowością językową, pełnej optymizmu, siły i czystego, klasycznego piękna.
Flawia de Luce to samotna, ekscentryczna 11-latka, odrzucona i prześladowana przez siostry oraz niedostrzegana przez ojca. W wielkim, klimatycznym, wiktoriańskim domu dziewczynka z zapałem oddaje się swej największej pasji: chemii. Konkretnie zaś - produkowaniu trucizn. Pewnej nocy, na grządce ogórków odkrywa zwłoki i - ku rozpaczy policji - rozpoczyna samodzielne śledztwo. Niestety, ma poważne powody, aby sądzić, że zbrodni, związanej z bezcennymi skarbami filatelistyki, dokonał jej własny ojciec...
Wiedza Flawii, oczytanie, znajomość muzyki i sztuki przy jednocześnie prostolinijnej naturze, religijności, ciętym dowcipie i pogodzie ducha, czynią ją bohaterką, w której może zakochać się świat.
Ja - przepadłam. Pojęłam zachwyty znajomych i z niecierpliwością oczekuję na zakup kolejnego tomu. Zauroczona i rozbrojona lekturą, zarażam nią teraz moich uczniów.
Kochani. Kto nie zna, ten traci. Wartka akcja, wspaniała atmosfera, skrzący się błyskotliwością język - no czegóż chcieć więcej? W moim prywatnym rankingu literatury dla dzieci i młodzieży Flawia zostawiła daleko w tyle nawet takiego literackiego VIP-a jak Mikołajek. Co więcej, wskoczyła na półkę z książkami dla dorosłych, plasując się gdzieś między Agatą Christie a Joanną Chmielewską. Bo powieść o Flawii to również znakomity kryminał. Taki, gdzie zbrodniarza wykrywa się wyłącznie siłą własnego umysłu, inteligencją, mocą prawidłowych skojarzeń i sprytem, nie zaś przy pomocy geniuszy komputerowych, technologii i zaangażowania wielu pomocników.
Polecam całym sercem. Flawia to jedno z moich "odkryć roku".
Ocena: 5.5/6