poniedziałek, 20 lutego 2012

"Zabić drozda", czyli trzęsienia ziemi nie było...


Akcja toczy się w latach trzydziestych XX wieku, w małym miasteczku na Południu. Atticus Finch, adwokat i głowa rodziny, broni młodego Murzyna oskarżonego o zgwałcenie biednej, białej dziewczyny - Mayelli Ewell. To wstrząsająca historia o dzieciństwie i kryzysie sumienia. Głęboko poruszająca opowieść odwołuje się do tego, co dla każdego człowieka najcenniejsze: miłości, współczucia i dobroci. (www.gandalf.com)

To miało być czytelnicze trzęsienie ziemi, wulkan emocji, tsunami zachwytu. Świat moich literackich zainteresowań miał się zachwiać w posadach - tak przynajmniej sugerowały recenzje. Tymczasem powieść zastopowała mój czytelniczy ciąg na wiele dni. Przerywając czytanie części I, nie miałam bowiem ochoty i potrzeby, by do niej wracać. Ziewając dyskretnie nad tą literacką ikoną, przywoływałam co pewien czas swą żelazną zasadę, by każdej powieści dawać szansę niemal do ostatniego rozdziału. Tylko to powstrzymało mnie w efekcie od wystawienia lektury na kocim bazarku.
I dobrze się stało, w części II bowiem autorka zaniechała prób skrzyżowania "Dzieci z Bullerbyn" z "Piękną i bestią". Powieść zaczęła przykuwać uwagę, zaciekawiać, niechętnie się od niej odrywałam. Stawało się jasne, iż kreacja głównej bohaterki i zarazem narratorki - dziesięcioletniej dziewczynki - jest świetna i nieszablonowa. Małego, bystrego, zmyślnego urwisa kocha się od pierwszych stron.  Dziewczynka jest dzieckiem wyjątkowym, postacią, w której nakreślaniu nie odnajduje się niekonsekwencji czy sztuczności, oryginalną, niezwykłą, niespotykaną.
ALE... Poza zaciekawieniem i wzbudzeniem ogromnej sympatii wobec głównej bohaterki powieść "Zabić drozda" nie zaofiarowała mi niczego więcej. Nie daje ona współczesnemu czytelnikowi pretekstu do zadawania zbyt wielu pytań. Jest jak interesujący film, którego obrazy przesuwają się przed oczyma odbiorcy, nie pozostawiając pola do samodzielnego myślenia. Wszystkie prawdy podane są na tacy. Z całą pewnością jej odbiór był zupełnie inny w czasach, gdy wydano ją po raz pierwszy. Wtedy mogła stanowić niekwestionowaną nowość, wręcz objawienie, mogła zadziwiać, szokować, zachwycać, ale to - moim skromnym zdaniem - nie czyni z niej powieści ponadczasowej, uniwersalnej. Dziś ciekawi, znać ją wypada, czytanie jej nie będzie czasem straconym, ale do wielopłaszczyznowego dzieła jej daleko.
Według mnie tekst Harper Lee jest interesujący, ale nie intrygujący. Przykuwa uwagę, ale nie wzbudza zaskoczenia, zafascynowania, nie prowokuje reakcji typu: ależ to świetnie napisane! jak doskonale, trafnie ujęte!
A przecież nie trzeba zaskakujących zwrotów fabuły, by odbiorca czuł się prawdziwie poruszony. Wystarczy, że jakaś powszechnie znana prawda przekazana zostanie w niecodzienny sposób, tak by w czytelniku obudziło się nagle uczucie: ależ tak! Tak właśnie jest! Czemu wcześniej na to nie wpadłem!
Czytając "Zabić drozda" ani razu nie miałam ochoty chwycić za ołówek, by podkreślić coś dla lepszego zapamiętania. Nie zaczytałam się. Nie utonęłam. Lektura nie miała na mnie wielkiego wpływu. Nie odcisnęła śladu. Ot, zaistniała, przeminęła.
Momentami byłam wręcz zirytowana stosowaniem przez autorkę chwytów zgoła tandetnych. Wyrosłam z kreślonych grubą kreską motywów walki dobra ze złem i nie podoba mi się czarno-biała kreacja świata; zniesmaczył mnie schematyzm. Powieść traktuje o rasizmie, zatem człowiek biały musi być głupi, brudny (sic!), ograniczony, wulgarny i tępy. Oczywiście w świecie białych okrutników objawia się Jedyny Sprawiedliwy, sumienie świata, człowiek do tego stopnia pozbawiony wad, że aż... odczłowieczony.
Nie tego spodziewałam się po literaturze z najwyższej półki, określanej mianem ponadczasowej. Oczekiwałam prawd nowych, jakiegoś zadziwienia. Schematy nie są najlepszą bronią w walce z jakimkolwiek społecznym problemem. Mogą generować bunt i przekorę. W którymś momencie  prowokacyjnie zapragnęłam, by oskarżony o gwałt czarnoskóry bohater naprawdę okazał się winny. Nie, nie dlatego, że jestem żądną sensacji rasistką, ale dlatego, że chciałabym wiedzieć, co w obliczu takich faktów powiedziałby broniący go, wyidealizowany prawnik. Zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdyby nieco odwrócić fakty: biała ofiara stałaby się dobrą, miłą, inteligentną kobietą, żoną, matką, czyjąś ukochaną, a czarnoskóry oskarżony okazałby się przestępcą. Jakich słów użyłaby autorka dla przedstawienia takiej właśnie sytuacji? Jak zareagowałoby DZIECKO, które jest tutaj narratorem? Dodam na marginesie, że prawdziwie zauroczyło mnie, rozbroiło i urzekło podejście prawnika do wychowywania dzieci właśnie. Jednakoż... nie podręcznika do pedagogiki poszukiwałam.
"Zabić drozda" jest świetną powieścią dla nastolatków, które dopiero odkrywają świat. W magiczny sposób przedstawia okres dzieciństwa, ciepło domu rodzinnego, rolę jaką ów dom odgrywa w kształtowaniu charakteru młodego człowieka, zderzenie się dziecięcych wyobrażeń z okrutnym światem dorosłych. Jeśli tego poszukujecie - gorąco powieść polecam. W kwestii omawiania problemów społecznych "Zabić drozda" nie wnosi - moim zdaniem - zbyt wiele nowego.

0 komentarze :

Prześlij komentarz