czwartek, 26 kwietnia 2012

Powrót na wrzosowiska

 Losy kobiety walczącej o niezależność w świecie, gdzie w oczach społeczeństwa i w świetle prawa żona jest jedynie własnością męża. (za wydawcą)

Mówcie, co chcecie, ale nie ma to jak kawał starego, dobrego angielskiego romantyzmu - mrocznego, wietrznego, pełnego skrajnych emocji hulających po wrzosowisku. "Lokatorkę Wildfell Hall" czyta się doskonale, choć trzeba przyznać, że daleko jej do genialnych "Wichrowych Wzgórz" Emily Bronte czy "Jane Eyre" Charlotty. Nieco drażnić może przede wszystkim język - rozemocjonowany, egzaltowany, bogaty w porównania i dość rozbudowaną metaforykę. Za tymi zabiegami nie kryje się aż taka głębia jak np. w "Wichrowych Wzgórzach". Miałam nawet wrażenie lekkiego przerostu formy nad treścią.
Jak wspomniałam jednak - czytanie z pewnością nie będzie czasem straconym. Tym bardziej, że początkowe rozkoszowanie się romantyczną atmosferą chmurnych wrzosowisk nie jest jedynym uczuciem, jakie towarzyszy lekturze. W którymś momencie spływa na nas świadomość, że oto mamy w rękach nie tylko klimatyczne czytadło, ale też zapis prawdziwego, społecznego problemu, z którym musiało mierzyć się otoczenie autorki. O ile "Wichrowe Wzgórza" czy "Jane Eyre" obrazują indywidualne problemy bohaterów, o tyle "Lokatorka..." przedstawia dramat, jaki stawał się udziałem wielu kobiet, zwłaszcza mieszkanek angielskiej prowincji. Pokazana jest niszczącą siła konwenansów, przesądów, stereotypów i zaściankowego myślenia.

By całkowicie zatracić się w klimacie tej dobrej, wciągającej lektury należy koniecznie zaopatrzyć się w rozmruczanego kota i filiżankę (tak, tak) dobrej herbaty. ;)

0 komentarze :

Prześlij komentarz