czwartek, 27 grudnia 2012

Czytanie świąteczne...

Doszłam właśnie do wniosku, że Boże Narodzenie w moim domu staje się od pewnego czasu istnym, niemal pogańskim, Świętem Książki. Obfituje ono w wielogodzinne obrzędy, którym towarzyszy kubek grzanego wina i magiczne zwierzę (czyli kot) w tle. Obchody święta rozpoczynają się zawsze w okolicach 22 grudnia od tej samej zabawy - korowodu książkowych blogów, po którym to obserwator doznaje najprawdziwszego zawrotu głowy. Świadomość istnienia coraz bardziej kurczących się finansów gdzieś zanika, rozsądek odpływa, pozostawiając miejsce jedynie rozszalałej wyobraźni i pragnieniom o naturze - między innymi - zmysłowej: dotknąć tych wspaniale opisywanych książek, sprawdzić fakturę okładek, upoić się wonią druku, przekartkować te setki nieznanych stron, które inni szczęśliwcy (zwani blogerami) mieli już okazję poznać. W wieczór wigilijny tożsamość książko-poganina ulega rozdwojeniu. Wyodrębnia się cząstka chrześcijańska, która uparcie pragnie wysunąć na plan pierwszy fakt istnienia ważnego, religijnego święta i cząstka pierwotna, która marzy już tylko o tym, by w blasku choinkowych światełek rozkoszować się jednym: książkowymi prezentami. Najistotniejszym bowiem obrzędem świątecznych dni jest złożenie pod kolorowo udekorowanym drzewkiem różnych egzemplarzy tych wielce pożądanych, pachnących i drukiem pokrytych przedmiotów. Potem następują wielogodzinne i wielodniowe obchody. Kult książki realizuje się samodzielnie lub w parach, czytając wzrokowo lub - fragmentarycznie - na głos. Jeśli książkowe bóstwa są łaskawe, na książko-poganin nie spadną żadne, nieoczekiwane obowiązki i będzie mógł w spokoju świętować aż do Nowego Książkowego Roku.
Tym razem korowód blogów przyniósł wrażenia tak wyjątkowe, że postanowiłam metodycznie rozplanować świętowanie na calutki nadchodzący rok. Przedmiotów kultu jest bowiem tak nieskończenie wiele, że aby nie zaniedbać żadnego z nich musiałam wreszcie stworzyć odpowiednią podstronę z lekturowym planem.
Na razie widnieje na niej 17 pozycji i nie łudzę się nawet, iż lista ta nie będzie sukcesywnie uzupełniana.

W tym roku Święto Książki rozpoczęłam już 21 grudnia. Ponieważ jestem z natury niecierpliwa, jadąc z Wrocławia do domu, przeczytałam w autobusie najnowszą pozycję C. Lackberg "Zamieć śnieżna i woń migdałów", która miała być gwiazdkowym prezentem dla mnie od Kogoś Miłego z Tychów. Dziękuję i pozdrawiam!
Niezaprzeczalną zaletą "Zamieci..." jest jej bożonarodzeniowa atmosfera - z pięknymi świątecznymi dekoracjami, śniegiem, świątecznymi potrawami i choinkami w tle - wadą zaś: objętość. To niehumanitarne stworzyć powieść, która urzeknie klimatem, zbuduje napięcie, a skończy się po przejechaniu przez czytelnika 120 km. ;)
Drugi z prezentów odznaczał się dokładnie tym samym felerem. "Kot w stanie czystym" Pratchetta jest tyleż zabawny i trafny w sposobie ujmowania kocio-ludzkich relacji, co... żałośnie krótki. Wielka szkoda. 
Być może dlatego zaraz po Wigilii zabrałam się wreszcie za coś prawdziwie sążnistego - długo odkładane "Oblężenie" Artura Pereza-Reverte. Pisarza tego cenię niezmiernie, jego "Szachownica flamandzka" była jedną z najbardziej zapadających w pamięć powieści, jakie czytałam kiedykolwiek, zaś "Ostatniego Templariusza" pochłonęłam niemal na jednym wdechu. Rozpoczęte ponad rok temu "Oblężenie" natomiast odłożyłam, nie radząc sobie z przyjmowaniem do wiadomości rozmaitych faktów z historii działań artyleryjskich. Pogubiłam się w rodzajach moździerzy, materiałów do produkcji granatów i mocno tym faktem zirytowana (lubię wiedzieć, o czym czytam), pożegnałam się z powieścią na ponad rok. Wracam do niej nie dlatego, że nagle moja wiedza z zakresu produkcji broni diametralnie się zwiększyła. Po prostu, mam wrażenie, że trzymając na półce nieczytanego Perez-Reverte pozbawiam się czegoś ważnego i interesującego. Mniejsza o moździerze, to LUDZI autor ten genialnie portretuje i na tych właśnie portretach zamierzam się skupić.

Wszystkim Gościom odwiedzającym blog życzę jak najciekawszych lektur na nadchodzące dni, foteli miękkich, win rozgrzewających, kotów puchatych i wszystkiego, co Wam do czytelniczej pełni szczęścia jest absolutnie niezbędne. 




3 komentarze :

  1. Nie ma lepszego prezentu niż książka:)

    Cherezinska nie podobała mi sie prawie wcale, wiec bede ciekawa co Ty o niej sadzisz, a "Kot..." to Biblia oczywiscie:), zawsze milo wiedziec, ze nie tylko tobie brakuje jeszcze pieciu rak zeby zaaplikowac Kotu tabletkę, prawda?:)

    Pozdrawiam
    Stała Czytaczka - Opiekunka Prawdziwego Kociaczka:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdrowienia dla Prawdziwego Kociaczka!
    Cherezińską na razie kartkuję i napawam się faktem, że ją mam. Musi poczekać na swoją kolej, ale ma u mnie plusa już na starcie tylko za to, że w ogóle zajęła się okresem piastowskim. "Grę w kości" kupiłabym w ciemno, ale chwilowo nigdzie jej nie ma. W ostateczności zostaje allegro, którego nie cierpię, bo nigdy nie wiadomo, w jakim stanie książka dotrze.
    W sumie mam już opanowany okres Wojny Dwóch Róż, czasy henrykowskie, wojny religijne w Hiszpanii, czy konfliky na dworze francuskim. Teraz wypadałoby sięgnąć po coś rodzimego i czuję w kościach, że ta Cherezińska raczej mi się spodoba. ;) ;)
    Co do Pratchetta - taaaak, fakt, iż nie tylko ja potrzebuję pięciu rąk jest bardzo krzepiący. Ucieszyło mnie również to, iż więcej ludzi popełnia ten sam błąd i kupuje najdroższe puszki po to tylko, by Kot je koncertowo zlekceważył.

    OdpowiedzUsuń
  3. A książka jest prezentem idealnym. Mój mąż już nawet nie pyta, co chcę na gwiazdkę, tylko jaką książkę chcę na gwiazdkę.

    OdpowiedzUsuń