wtorek, 1 stycznia 2013

"Głośne zmiany zaczynają się od szeptów". Ponownie o filmie: "Służące".

A jednak można. A jednak da się. A jednak ktoś był w stanie przejmująco i mądrze opowiedzieć o rasizmie bez popadania w absurdalne skrajności, pociągające za sobą osłabiającą poprawność polityczną; bez moralizatorstwa, bez natrętnego dydaktyzmu, bez jednoznacznych, szablonowych kreacji i czarno-białych opinii.
Nie znam się na filmie, nie umiem pisać o nim inaczej niż poprzez odwoływanie się jedynie do własnych, bardzo rzecz jasna subiektywnych, odczuć, ale wiem, że muszę gdzieś pozostawić ślad prawdziwego wzruszenia, jakie mi "Służące" zafundowały.
Rzecz dzieje się w Ameryce lat 60-tych, gdzie w lukrowanych, cukierkowych domeczkach rozgrywa się prawdziwy, spychany na margines, a często... wręcz pożądany przez otoczenie dramat ciemnoskórych służących. Ktoś chce napisać o tym książkę, służący czują się zastraszeni, a jednocześnie pragną, by świat dowiedział się o ich tragedii. Powoli, bardzo niezdecydowanie na światło dzienne wypływają rozmaite historie z ich życia. Niektóre przytłaczające, podszyte wielką rozpaczą, inne pełne ciepła i dobrych wspomnień. Przeplatają się radości, wzruszenia, smutki i trauma, a wszystko jest przedstawione w sposób przejmująco oszczędny w słowach. Jednocześnie obserwujemy płaszczyznę teraźniejszą: codzienną pracę "kolorowych" oraz to, że komuś powstanie książki na ich temat będzie wielką grudą soli w oku...
Ale nie, nie wszyscy biali są tu źli i okrutni. Nie każdy ciemnoskóry jest aniołem. Ogromny szacunek do twórców tego obrazu bierze się bowiem stąd, że ukazali niezmiernie bogatą paletę rozmaitych, ewoluujących, zmieniających się charakterów. W nienachalny - pozbawiony wykrzyknień i pędów do szokowania - sposób przedstawili ogrom problemów, z jakimi borykał się ciemnoskóry mieszkaniec Ameryki. Oddali też mnóstwo odcieni, mnóstwo pochodnych owych problemów. Tu nie krzyczy się o murzyńskiej tragedii, ale się ją szkicuje, delikatnie, przejmująco, bardzo głęboko, coraz dokładniej. To naprawdę wzrusza. Jeszcze bardziej jednak szarpie emocjami widza fakt, iż ludzie w tym filmie się zmieniają. Charaktery nakreślone są tak niejednoznacznie, jak niejednoznaczny jest człowiek i w związku z tym absolutnie nie jesteśmy pewni zakończenia. Denerwujemy się do ostatniej chwili, zwłaszcza, iż w filmie momenty dramatyczne przeplatają się z komicznymi. W sensie dosłownym śmiejemy się przez łzy, nie mając pojęcia, że przesympatyczne rozwiązanie danego wątku nie zwiastuje wcale końca problemów. Emocje pracują tu bezustannie, napięcie - mimo spokoju, z jakim oddany jest dramat - sięga zenitu.
No właśnie... Okazało się, że jednak mam oczy na mokrym miejscu i moje towarzystwo chyba też ;) Nie spodziewałam się takiej głębi, pamiętam bowiem jak ziewałam nad "Zabić drozda" i jak irytowała mnie szablonowość tej powieści.Wiem, że książek i filmów porównywać się nie da, ale pomysły na opowiedzenie danej historii - już tak.
Twórcy "Służących" nie zaszufladkowali swoich bohaterów. Nie przykleili im łatek: biały = zły, czarny = ideał. Nikt nie sadza nas w niewygodnej ławce i histerycznym tonem nie wbija do głów prawd o ludzkiej naturze. Film sączy je do serca i naszej świadomości bardzo powoli, pozwalając im się zagnieździć i zawładnąć emocjami. A my odbieramy je jako coś... niemal nowego. Jakbyśmy nigdy wcześniej się z nimi nie spotkali.
 zdjęcia za: filmweb. pl

0 komentarze :

Prześlij komentarz