piątek, 18 stycznia 2013

"Gra w kości". Bo ja słaba kobieta jestem... :)

Otto III to dwudziestoletnie genialne cesarskie dziecko, któremu powierzono władzę nad największa potęgą chrześcijańskiego świata. Od trzeciego roku życia w cesarskiej koronie. Otoczony najwybitniejszymi umysłami epoki.
Bolesław Chrobry to trzydziestotrzyletni mężczyzna. Świadomy siebie, rozgrywający sojusze. Kocha kobiety, seks, szaleńcze polowania, przyjaciół, mocne wrażenia. Pragnie korony i dla niej gotów jest na wszystko.

 Europa wchodzi w rok tysięczny. Dwubiegunowa konstrukcja „Gry w kości” poprzez osobne sekwencje dworu piastowskiego, cesarskiego i papieskiego – świata Bolesława Chrobrego i świata Ottona III – wiedzie do spotkania w Gnieźnie w marcu 1000 roku. Każdy z władców zagra wtedy o wszystko. (za wydawcą, Zysk i S-ka)

 Mam żałośnie słaby charakter. Ponadto jestem niekonsekwentna i chora. Z tych trzech powodów nie zajrzałam ani do bibliotekarstwa, ani do marketingu, tylko wracając z pracy, przez trzy wieczory zakopywałam się w cieplutkiej pościeli, z nową powieścią w ręku, rozgrzeszając w duchu problemami zatokowymi i bólem głowy.
Gdy odnośnie nietkniętych podręczników sumienie gryzło mnie wyjątkowo mocno, oskarżałam o ten fatalny stan rzeczy małżonka, który mógł mi przecież Cherezińskiej nie przysyłać, prawda? Ponadto, lektura nie tylko odbiła się fatalnym echem na moim przedegzaminacyjnym funkcjonowaniu, ale w pewnym stopniu także na czytelniczym samopoczuciu.
Nie wiem, co spowodowało taki a nie inny odbiór tej powieści, ale nadenerwowałam się przy niej jak rzadko kiedy. Czy rozdrażniał mnie tak bardzo tępy ból głowy, czy może autorka tak sugestywnie rzecz całą przedstawiła, dość powiedzieć, że od kilu dni chorobliwie nie cierpię Ottona III. Doszłam też do irytującego wniosku, że jeśli nie jest się historykiem, to powieści pisanych w oparciu o tło historyczne czytać się nie powinno, traci się bowiem chłodne spojrzenie na fakty. Taka konkluzja podcina niestety tę czytelniczą gałąź, na której z wielką przyjemnością sobie zasiadam.
Akcja "Gry w kości" toczy się wolniej niż "Korony śniegu i krwi". Nie ma tego szaleńczego pędu, takiego napięcia, brak też elementów fantastycznych. Za to kreacja postaci jest tak wyrazista i sugestywna, że jeśli nie nabierzemy do lektury dystansu, może wyrządzić pewną szkodę naszej wiedzy i opiniom oraz mocno oddalić od obiektywizmu. Z drugiej strony, istota literatury pięknej tkwi chyba właśnie w tym, by wzbudzać emocje. Do beznamiętnego czytania służyć może książka telefoniczna, którą dobrze charakteryzuje stary dowcip: "wydarzeń wprawdzie mało, ale za to ilu bohaterów!". Ponownie zatem chylę czoła przed Cherezińską za to, że wydarzenia historyczne, kojarzone głównie ze szkolną ławą, znane, od których nie oczekujemy niczego zaskakującego, przekształca w opowieść przykuwającą uwagę i wywołującą wiele - niekiedy skrajnych - wrażeń. Pewne kwestie i sformułowania podniosły mi ciśnienie na dwa dni. ;) ;)
 Narrator chętnie posługuje się mową pozornie zależną, co sprawia, że danej postaci przyglądamy się z wielu różnych punktów widzenia, śledząc nawet spostrzeżenia dalece intymne. Dzięki temu w całej krasie objawi nam się średniowieczna sztuka manipulacji, perfekcyjna, absolutnie w niczym nie ustępująca dzisiejszej.
Cherezińskiej udała się jeszcze jedna ciekawa rzecz. Na przykład Ottona III obserwujemy poprzez filtr przemyśleń jego samego, Bolesława Chrobrego, czy najbliższych współpracowników lub towarzyszy i gdy próbujemy wysnuć z tego jakiś wniosek, jest on co najmniej dwoisty. Ja odebrałam cesarza jako obłudnego, zblazowanego i odstręczającego, balansującego na granicy szaleństwa. Z drugiej jednak strony, bohater, którego się lubi, ceni, szanuje, podziwia - Bolesław Chrobry - szczerze Ottona uwielbia. I czytelnik pozostaje z wrażeniami dwojakiego rodzaju. Postacie żyją tylko na papierze, a przecież można się wśród nich poczuć, jak w gronie realnie funkcjonujących ludzi, z których jednych darzymy ogromną sympatią, drugich serdecznie nie znosimy i nie pojmujemy, jak oni wzajemnie mogą ze sobą przestawać.
I to lubię. Lubię niejednoznaczności. Lubię, gdy podczas śledzenia losów bohaterów zaciera się granica między fikcją a rzeczywistością, lubię się zirytować nad książką, a nawet - lubię przygnębić. A "Gra..." przygnębia. Nie ma tu takich wzruszeń i przebłysków dumy jak w "Koronie śniegu i krwi", jest za to zawarte przekonanie, że przez wieki nic się tak naprawdę w mrocznej części ludzkiej natury nie zmieniło. Skłonność do manipulacji, okrucieństwo, bezwzględność, bigoteria, przedmiotowe traktowanie ludzi w niczym nie ustępowałyby pola współczesności. Z kolei wartości takie jak determinacja (mająca na względzie dobro wielu, a nie tylko własne), honor, sprawcza funkcja języka (jeśli zaistniała przysięga, to w realny sposób zmieniała ona rzeczywistość) - zanikły lub są w fazie zanikania.

Nigdy się nie dowiemy, jaki był tok myślenia i motywy działań cesarza czy Chrobrego, ale nie o to chyba w literaturze pięknej chodzi. Ma ona przedstawiać wieloaspektowość natury ludzkiej i to się Cherezińskiej udaje. Jeśli zaś rzecz cała oparta jest o istotne wydarzenia historyczne, tworzące ciekawe tło i interesującą atmosferę, to jest świetnie. Nie szukam obiektywnej prawdy historycznej w belletrystyce (o ile takowa prawda w ogóle istnieje), lecz szukam wrażeń. I nie odczuwam z tego powodu wyrzutów. Kiedyś domagano się "chleba i igrzysk", ja mam nieco łagodniejsze obyczaje... ;)

0 komentarze :

Prześlij komentarz