wtorek, 8 stycznia 2013

"Korona śniegu i krwi"


Ostatnie były "Filary ziemi", przeczytane bodajże pięć lat temu. Potem długo, długo trwała swoista pustka. Oczywiste jest, że trafiały do mnie w tym czasie książki niezwykłe, barwne, wartościowe, wzbudzające niemałe emocje, ale TO COŚ - ta magia, ten czar, to nieprzebrane bogactwo charakterów i motywów - pojawiło się dopiero z "Koroną śniegu i krwi".
Pojęcia nie mam, jak stworzyć recenzję, która oddawałaby wszystkie zalety tego tekstu; jak ująć w króciutkiej notce tę wielość wrażeń, podarowaną mi przez Cherezińską.
Powieść wrze. Kipi niezmierzonym bogactwem wydarzeń i charakterów. Na jej kartach pojawiają się całe orszaki postaci, z których każda jest barwną indywidualnością, i których pomylić absolutnie nie sposób. Jest to o tyle niezwykłe, że Cherezińska wzięła na warsztat temat trudno przyswajalny, a dla wielu – wręcz nudny: rozbicie dzielnicowe Polski. I prezentując tę właśnie kwestię dowiodła, że nasza historia - pełna skrajnych emocji, wielkich namiętności, spisków, zdrad, przysiąg, skrząca się barwnymi legendami, przesycona magią i niezwykłością - w niczym nie ustępuje temu, co opisywane jest w legendach arturiańskich, powieściach fantasy czy tekstach dotyczących dziejów europejskich mocarstw.
Wspominałam kiedyś, że bardzo chętnie sięgam po powieści Philippy Gregory, omawiające okres Wojny Dwóch Róż, czy panowania Tudorów. Zauroczona byłam również pierwszym, jakże świetnym, tekstem Hilary Mantel, kreującym odmienny od powszechnych wyobrażeń wizerunek Tomasza Cromwella ("W komnatach Wolf Hall"). Miłe chwile spędziłam nad Gortnerem.
Z Cherezińską tych autorów i ich książek porównać się po prostu nie da. Po "Koronie..." wydają się się oni dziwnie bladzi, miałcy, interesujący tylko przez chwilę. Ponadto trzeba pamiętać, że przy czytaniu powieści o Piastach do ogromu wrażeń dochodzi jedno zasadnicze – wzruszenie. Wszak to, co polska autorka opisuje, było ... takie polskie właśnie, takie nasze.
Cherezińska jest mistrzynią, prawdziwym geniuszem kreowania postaci. Są one tak barwne, tak wyjątkowe, tak indywidualne i prawdziwe, że mimo, iż zna się ich losy chociażby z lekcji historii, czytelnik zatraca się w śledzeniu zdarzeń całkowicie. Tak, tak – dla mnie to były cztery dni utraty sporej części kontroli nad rzeczywistością: w drodze do pracy przejechałam przystanek dwukrotnie, a podczas okienek nastawiałam sobie alarm w komórce, by nie zapomnieć o dyżurze czy pójściu na zajęcia. Osoba, z którą mieszkam śmiała się, że ostatnie strony czytałam chyba po literce lub sylabizując, aby jak najdłużej jeszcze z tą książką być.
Jednak, mimo najszczerszych chęci, by pozostać z "Koroną..." – sylabizować się nie dało. Kto zna, choćby mniej więcej, losy Przemysła II wie, jak kończy się rzecz cała i domyśla się, że ostatnie fragmenty charakteryzują się szczególnym napięciem. Od momentu koronacji króla (opisy uroczystości potrafią wzruszyć, rozrzewnić, a i łezka może się w oku zakręcić) świat wokół nas przestaje istnieć, a książka staje się jego centrum. Zakończenie pozostaje o tyle przygnębiające, a pożegnanie z powieścią o tyle trudne, że postać Przemysła jest jedną z tych, z którymi zżywamy się najmocniej. Od pierwszych kart bowiem obserwujemy jego dojrzewanie i ewoluowanie. Wcześniej, w toku trwania akcji, rozstawaliśmy się z tak świetnymi kreacjami jak Rikissa, Bolesław Pobożny, Mściwój czy Leszek Czarny i już wtedy owe rozstania były przykre. Myśl, że oto mamy pożegnać Przemysła kładzie się sporym czytelniczym kamieniem na sercu.
Na pocieszenie zostaje jeszcze Władysław Łokietek. Nie  przypuszczałabym, że do tego stopnia wzruszy mnie los historycznej postaci. Opisy dzieciństwa małego Władka są w stanie przygnębić i rozbić chyba każdą kobietę. Wszyscy bohaterowie są niezmiernie sugestywni, ale według mnie "Władzio" właśnie, a poza nim rubaszny Mściwój, prostolinijny i dobry Jakub Świnka czy zabawna i jakże życiowo mądra Rikissa, pozostają postaciami najbarwniejszymi. Jeżeli Cherezińska nie będzie kontynuowała tej powieści i nie przedstawi nam dalszego ciągu losów Łokietka czy Świnki, to popełni prawdziwy grzech względem swego talentu i popularności. Nie można bowiem, nie godzi się, tworzyć portrety takich bohaterów, a następnie je porzucać.
Od momentu przeczytania "Korony..." nie ma szans na to, by pomylili nam się książęta piastowscy. Nie sądzę, by kiedykolwiek jeszcze zdarzyło mi się pomieszać Leszka Czarnego z Leszkiem Białym, Bolesława Pobożnego ze Wstydliwym, czy Henryka Probusa z Henrykiem Brzuchatym. Początkowo wydawało mi się konieczne stworzenie sobie dodatkowego drzewa genealogicznego, bo choć książka jest w nie zaopatrzona, nie uwzględnia ono żon. Panie umieszczone są w osobnych spisach. Szybko jednak okazało się, że tworzenie dodatkowych notatek absolutnie nie jest potrzebne. Postacie zapadają w pamięć doskonale.
Trzeba również pamiętać, że "Korona..." zawiera wiele elementów fantastycznych. Na równi ze światem chrześcijańskim ukazany jest tu świat pogański. Dzieje Piastów mieszają się z mrocznymi dziejami ludów Starej Krwi. Arcybiskup Jakub Świnka poznaje tajemnicę swego pochodzenia, rozmawiając z poganką i podejmując się niemal pogańskiego zadania, a dzieje Piastów, ich przesłania i mroczne strony poczynań odkrywa dzięki tajemniczej bibliotece w Gnieźnie. Spora część historii rozgrywa się w lasach, na tle pogańskich obrzędów, okraszona magią, przepowiedniami i wiedzą tajemną. Do głosu dochodzą prastare legendy, a zwierzęta z herbów piastowskich toczą swoje prywatne wojny, kochają się i nienawidzą, tak jak ich panowie.
Światy magii i faktów, realizmu i symboli, chrześcijaństwa i pogaństwa istnieją właściwie równolegle, a jednak można odnieść wrażenie, że to co nadprzyrodzone ma jedynie ubarwiać nam mroczną i skomplikowaną rzeczywistość. Elementy fantastyczne nie są tu przedstawione w sposób nachalny, lecz delikatny, subtelny, a jednocześnie niebywale wciągający. Kompozycja tej powieści jest po prostu genialna, podobnie jak kreacja świata przedstawionego. Niby historia, niby fakty, a jednak wciąż odkrywamy nowy symbol, nową – oznaczającą coś – powtarzalność, nową zagadkę, płaszczyznę i wątek. Właśnie tajemnic i zagadek jest tu mnóstwo. Szerzą się one zwłaszcza za sprawą Jakuba Świnki i przywoływanych oraz odnajdywanych przez niego legend. Część rzeczywistości przedstawiona jest też w sposób niemal apokryficzny: zupełnie odrealnieni bowiem są Bolesław Wstydliwy i jego żona Kinga. Autorka przedstawia ich tak, jakby żywcem zostali wyjęci z ludowych bajań, pełnych wiary w cuda.
Cherezińska kocha szczegóły. Z kart jej powieści dowiadujemy się, jak wyglądały stroje, tkaniny, potrawy, naczynia, pomieszczenia, a jednocześnie ani razu (!) nie pojawia się opis nużący. To samo dotyczy bitew. Piastowie bili się zawsze i o wszystko, a jednak w ani jednym fragmencie przedstawienie walk nie jest przesadnie długie.
Autorka zręcznie przeplata wątki, sprawiając, że siedzimy nad książką jak przykuci: bitwa, miłość, porwanie, zdrada, wilkołak, poganki, odkrycia w tajnej bibliotece, śmierć, ślub – no nie, nie ma dobrego momentu na rozstanie się z powieścią. Rozdziały są krótkie i każdy z nich rozpoczyna się imieniem bohatera, którego będzie dotyczył. Kiedy zatem resztkami przytomności uznajemy, że czas spać, pojawia się nagle imię postaci ulubionej i postanawiamy, że jeszcze tylko ten akapit, ten rozdział, a potem jeszcze jeden, bo oto pojawia się bohater jeszcze bardziej lubiany niż poprzedni... 

 Nie jestem w stanie spisać wszystkich wrażeń. Takiej powieści polski rynek wydawniczy chyba jeszcze nie oglądał. Czekam teraz – w nerwach ostro napiętych – kiedy Poczta Polska łaskawie dostarczy mi "Grę w kości" tej samej autorki. A że jest to thriller z czasów Bolesława Chrobrego, więc... będzie się działo.
Póki co mój nieprawdopodobnie niegrzeczny kocurek Boluś został przemianowany na Bolka Rogatkę. 

zdjęcia władców za: www.poczet.com

7 komentarzy :

  1. To niesamowite jak ta sama książka może być różnie odbierana:). Byłam ciekawa Twojej recenzji, bo ja również rzuciłam się na tę pozycję z wielką nadzieją, głównie ze względu na temat, niestety chyba popełniłąm błąd - nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to gatuek fantazy, za którym nie przepadam (nie zachwycają mnie żadne "Gry o tron" itp.), więc może tu tkwił szkopuł, tak że generalnie wielki zawód, oczekiwałam dobrej (choć lekkiej)fabularyzowanej historii z mojego ulubionego okresu w dziejach Polski, niestety w tej książce irytowało mnie chyba wszystko (sposób ukazania bohaterów, ich język, błędy stylistyczne, zbyt wiele wątkow, a zaden nie trzyma w napieciu...), jak dla mnie zmarnowany temat, ale to oczywiście moja subiektywna ocena i nadal się zastanawiam czego nie dostrzegam ja a co widzą wszyscy inni, którzy tę książkę tak wychwalają :)...
    Pozdrawiam serdecznie i czekam na coś kotach:):), tu zawodu pewnie nie będzie:)
    Stała Czytaczka

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście, sposób odbierania książek może być skrajny. Ja też nie cierpię wielu sztandarowych pozycji, będących wręcz ikoną literatury. Dostaję wysypki, gdy słyszę o "Buszującym w zbożu", śmiertelnie wynudziłam się przy "Zabić drozda", nie jestem, w stanie strawić Hłaski, a żebym przeczytała z własnej woli Witkacego, ktoś musiałby mi zapłacić słone tysiące. :) :)
    Ale - dzięki temu świat staje się chyba ciekawszy. Można się kulturalnie spierać.
    Do języka "Korony..." miałam kilka zastrzeżeń, bardzo konkretnych, ale nie pisałam o nich, bo nie mogłam znaleźć cytatów. Ogólnie chodziło o to, że Cherezińska włożyła w usta bohaterów sformułowania, które pojawić się miały prawo wiele, wiele lat później. Pamiętam, że w którymś momencie następuje językowy zabieg (jakiś związek frazeologiczny bodajże) odwołujący się do braci Grimm. I to rzeczywiście jest tzw. wtopa. :)
    Pozdrawiam najserdeczniej i dziękuję za komentarz.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zachęcona recenzją pobiegłam wczoraj do biblioteki - mam, przeczytam :)
    Ponieważ recenzję zaczęłaś od "Filary ziemi", to przy okazji spytam się co sądzisz o ich kontynuacji: "Świat bez końca".
    Pozdrowienia z Gdańska

    OdpowiedzUsuń
  4. Musisz mieć świetną bibliotekę pod ręką. U nas "Korona..." dostępna będzie "na zawołanie" pewnie dopiero za kilkanaście miesięcy. Zazdroszczę.
    "Swiat bez końca" podobał mi się naprawdę bardzo. Ale - cieniem na tej świetnej powieści kładzie się chyba fakt, że nie kontynuuje ona losów postaci z "Filarów...".
    Już kilka osób mi mówiło, że miały wręcz żal do bohaterów "Świata...", iż nie są oni bohaterami Filarów. "Filarowe..." postacie się kochało, człowiek rozstawał się z nimi, jakby opuszczał bliskich. Potem przez długi czas żadna książka tak nie smakowała, a żaden bohater nie budził takich emocji. Follet trochę skrzywdził "Świat..." dając mu inną obsadę. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zarówno "Filary Ziemi, jak i jego kontynuacja, czyli "Świat bez końca", wydały mi się... jakby to ująć... tak proste, że aż prostackie. Szablonowo skrojone postaci, jak ktoś jest zły, to do szpiku kości, a jak dobry, to do bólu w zadku.
    Cherezińska pisze inaczej. Lepiej. Zarówno "Korona", jak i "Gra w kości", oraz nordycka saga "Północna Droga" (4 części) to świetne powieści historyczne. Nawet na wskroś współczesny język drażnił mnie tylko przez kilkanaście pierwszych stron. Ale arcydzieła to to nie są. Rzetelne rzemiosło pisarskie.
    Moimi niedościgłymi arcydziełami, perłami polskiej literatury historycznej są bowiem "Bolesław Chrobry" Antoniego Gołubiewa - 7 grubych tomiszcz, napisanych przepięknym, starym językiem (powieść z lat bodajże 50tych), opisy przyrody, które czyta się z zapartym tchem, wspaniale barwne, wielowymiarowe postaci, i rozległa, głęboka wiedza historyczna. Wszystko to sprawia, że powieść chce się czytać powoli, smakować ją, delektować się, a nie, jak w przypadku Cherezińskiej, gnać przez strony z wywieszonym językiem.
    Druga perła, bardziej już współczesna - 4-tomowa powieść Witolda Jabłońskiego pod zbiorczym tytułem "Gwiazda Wenus, Gwiazda Lucyfer" - o losach uczonego, czarnoksiężnika, polityka, doradcy możnych i człowieka - Witelona. Akcja toczy się na przełomie XIII i XIV ieku, a więc rozbicie dzielnicowe i postaci znane z kart "Korony". Ale jakże inny język. Staranny, wysmakowany, słowa kapią jak złoty miód. Akcja jest gdzieś w tle, wydarzenia toczą się, bohaterowie żyją, walczą, kochają, plotą intrygi, giną - ale czytelnik płynie przez opowieść, prowadzony ręką Witelona.
    Serdecznie, gorąco polecam te dwie powieści. Jedno, czego żałuję, to to, że mogę juz do nich tylko wracać - a nie poznawać od początku.
    Pozdrowienia,
    Eunice

    OdpowiedzUsuń
  6. A tymczasem... pojawia się kontynuacja "Korony...", czyli "Niewidzialna korona".
    Czytam.
    Warto przed sięgnięciem po nią odświeżyć pamięć o bohaterach i wydarzeniach z "Korony...", bo inaczej już na pierwszych stronach można doznać zamętu (ale kto? ale co? kiedy i gdzie?)
    Podobnież ma być także część trzecia.
    Eunice

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziękuję tysiąckrotnie za cenną informację. :) Jutro poszukam.

    OdpowiedzUsuń