poniedziałek, 14 stycznia 2013

Walka kotów

Lubię hiszpańskich pisarzy. Odnoszę wrażenie, że ilekroć po nich sięgnę, zagwarantuję sobie doskonale spędzony czas. Z czego wynika takie przekonanie? Nie wiem... Czyżby to gorący temperament ludzi południa przekładał się na ich pisarstwo i sprawiał, że hiszpańskie powieści pulsują życiem, zmysłowością, energią? Że każdy akapit pachnie winem i słońcem, smakuje egzotycznymi potrawami, rozbrzmiewa muzyką, gwarem, pokrzykiwaniem? Wydaje mi się, że Hiszpanie są mistrzami sugestywnego a nienachalnego przedstawiania emocji, uczuć, motywów. Ważne miejsce w życiu ich bohaterów zajmuje intuicja, wrażenia, duchowość. Postacie nie starają się na siłę niczego tłumaczyć, nie czują potrzeby definiowania, nie ujmują w ramy. Po prostu żyją, chwytają chwile, uważają, że prawda tkwi w pierwszym, nawet ulotnym wrażeniu, a duchowość i emocjonalność to najważniejsze elementy międzyludzkich relacji. I te opisy... Gdy Zafon czy Falcones opisują deszcz, to czuje się zimne krople spływające po kręgosłupie. Gdy Mendoza przedstawia hałas tawerny, to zaczyna on wręcz drażnić. Gdy Perez-Reverte pisze o winie, to jesteśmy w stanie dokładnie wyobrazić sobie smak i zapach wspomnianego trunku. Co więcej, "Oblężenia" bez lampki wina czytać się po prostu nie da. :)
Odpoczywam przy hiszpańskiej literaturze, z dużym zaangażowaniem oglądam (oczyma wyobraźni, oczywiście) zabytki Barcelony, Madrytu, niemal fizycznie odczuwam ciasnotę uliczek Kadyksu. I wciąż marzę o Hiszpanii... Żaden kraj nie pociąga mnie tak bardzo. Może kiedyś??...
"Walka kotów" to lekka, barwna, wciągająca, skrząca się humorem powieść, której akcja pędzi, a my gnamy razem z nią. Oto do Madrytu lat 30-tych, targanego niepokojami i znajdującego się w przededniu rewolucji, przybywa angielski naukowiec, miłośnik i znawca malarstwa hiszpańskiego, dżentelmen, do szpiku kości przesiąknięty zasadami i konwenansami. Problem w tym, że dla rozemocjonowanych Hiszpanów zasady i konwenanse to ostatnie sprawy, z jakimi w ogóle zamierzają się liczyć. Celem wizyty Anglika powinna być wycena obrazu, który - skrzętnie ukrywany w podziemiach pewnej rezydencji - drogą przemytu ma zostać przetransportowany za granicę i sprzedany. Nikt jednak nie uprzedza naszego bohatera, że przyjdzie mu stanąć przed dotąd nieodkrytym dziełem Velasqueza. Dzieło to rzuca nowe światło na losy  malarza, odkrywa jego mroczną tajemnicę, stanowi istny przełom w dziejach kultury i sztuki, zaś przesympatycznego angielskiego naukowca może wynieść na szczyt popularności i zapewnić mu niemałe bogactwo. Ponadto obraz mógłby uratować od niechybnej zguby pewną uroczą, hiszpańską, arystokratyczną  rodzinę, a nawet... powstrzymać w Europie działania bolszewików. I jest tylko jeden feler całej sytuacji: na skutek paskudnej podejrzliwości, jaka toczy naturę ludzką, nieszczęsnym naukowcem zaczynają interesować się: faszyści, komuniści, generalicja hiszpańska, premier, Urząd Bezpieczeństwa, ambasada, madrycki półświatek i - co bodaj najgorsze - aż trzy kobiety. Obraz staje się powodem kolejnych zgonów, zasadzek, zdrad. Nieposzlakowana opinia Anglika i jego nieskalane maniery zostają zszargane w rynsztoku madryckich awantur, a on sam wplątuje się w szereg absolutnie nieoczekiwanych sytuacji, w których konwenanse i zasady nie mają racji bytu. Ponieważ to konwenanse i zasady właśnie, w połączeniu z dżentelmenerią, wysoką kulturą i taktem, dawały mu dotąd poczucie bezpieczeństwa, stanowiły jego istotę i determinowały wszelkie zachowania,  biedny wyspiarz traci głowę i przestaje myśleć najpierw racjonalnie, a potem - w ogóle. Co za tym idzie - wpada w istną sieć pułapek, zastawioną przez ścierające się w Hiszpanii siły. Staje się jednocześnie: przyjacielem faszystowskiego wodza, kumplem komunisty, pionkiem w grze arystokracji, celem generałów, ofiarą sowietów, podwójnym szpiegiem, niedoszłym mężem prostytutki i wreszcie ofiarą tragicznej namiętności. A to nie wszystkie jego role...

Powieść czyta się świetnie. Mendoza tworzy postać doskonałego dżentelmena, którego potem wikła w rozmaite absurdy, a mimo to całość pozostaje wiarygodna. I dostrzegam jedną tylko wadę tego tekstu: zbyt mało tu sztuki, a troszkę zbyt wiele polityki.
Niezmiernie sobie cenię powieści, których akcja rozgrywa się w oparciu o wielkie dzieła literackie czy malarskie - dość wspomnieć jakże świetną "Szachownicę flamandzką" A.Pereza-Reverte czy "Klub Dantego" M. Pearla*. Czytając zatem w streszczeniu "Walki kotów", iż kluczowym wątkiem będzie twórczość Velasqueza - nie wahałam się przed zakupem powieści ani przez moment. Tymczasem malarstwa jest tu stosunkowo niewiele. Stanowi ono pretekst wielu poczynań bohaterów i źródło olbrzymiej ilości problemów, ale... ja czuję niedosyt. Jest on tym większy, że fragmenty traktujące o malarstwie i dziejach obrazów są naprawdę bardzo przykuwające uwagę, i takie... barwne. Szkoda, wielka szkoda, że nie doszło do jeszcze dokładniejszego, jeszcze głębszego przedstawienia tego tematu.

Niemniej jednak - powieść szczerze polecam wszystkim tym, którzy cenią sobie humor, wartką akcję i dobrą zabawę, a nie boją się szczypty polityki.

*******************************************

Z żalem informuję, że na jakiś czas będę musiała zawiesić działanie bloga, chyba, że interesują Was recenzje pozycji poświęconych marketingowi bibliotecznemu lub bibliotekarstwu. Są one jednak - najoględniej rzecz ujmując - mało ciekawe. Sam Żmigrodzki, autor największej publikacji dla bibliotekarzy, najbardziej wartościowej i absolutnie podstawowej, napisał we wstępie, że jej przygotowanie było "niewdzięcznym procederem". Cóż, zapewniam, że z czytaniem tegoż dzieła jest podobnie...
Nie wiem, jak wytrzymam nadchodzący czas, mając w perspektywie egzaminy i... nową Cherezińską na stoliku. Tym mało krzepiącym akcentem żegnam się z Wami i jak najmniejszej ilości odciągających od czytania obowiązków Wam życzę.

_______________________________________
* NIE polecam "Cienia Poego" tego samego autora.

0 komentarze :

Prześlij komentarz