sobota, 2 marca 2013

O miłości rodzicielskiej i nie tylko... - "Krucha jak lód".

Wątpliwości, huśtawka czytelniczych emocji oraz głębokie zadziwienie i brak zrozumienia dla pewnych "oczywistości" towarzyszyły mi od momentu zapoznania się z pierwszymi akapitami tej powieści aż po jej koniec. Przedstawiony problem - jak to zwykle w tekstach Jodi Picoult bywa - budzi niemałe kontrowersje, zmusza do myślenia, może nawet do próby przewartościowania pewnych poglądów. Po raz pierwszy jednak miałam wrażenie, że moje odczucia, moje rozumienie tekstu, moje wrażenia i odbiór głównej postaci całkowicie rozmijają się z założeniami autorki. Śledząc ponad 600-stronicowy tekst zastanawiałam się, JAK mam go odbierać. Co mam myśleć? Czy tylko ja do tego stopnia nie mogę zgodzić się z zaprezentowaną i gloryfikowaną tu postawą i poczynaniami głównej bohaterki (matki), czy też może autorka celowo chciała wzbudzić czytelniczy bunt i irytację? Mam niestety wrażenie, że tej celowości nie było; że autorce chodziło o wykreowanie obrazu matki idealnej, skrzywdzonej przez bezrozumny i nieczuły świat, a ja w ten wizerunek nie uwierzyłam.
Tekst opowiada o rodzinie, która bezskutecznie stara się o drugie dziecko. Rodzice pragną go coraz bardziej rozpaczliwie i gdy w którymś momencie dowiadują się o ciąży, a potem o ciężkim upośledzeniu maleństwa, deklarują, że żadna choroba, żadne przeszkody nie nakłonią ich do aborcji. Na świat przychodzi dziewczynka (Willow) dotknięta genetycznie uwarunkowaną, nieuleczalną, rzadką i powodującą nieprawdopodobne cierpienie chorobą - wrodzoną łamliwością kości, osteogenesis imperfecta. W wieku 5 lat dziecko ma na koncie ponad 60 złamań, w tym siedem zaistniałych już podczas ciąży. Kości Willow łamią się na skutek kichnięcia, lekkiego uderzenia o mebel, przewrócenia z boku na bok podczas snu. Upadki i poślizgnięcia kończą się złamaniami otwartymi, pękaniem żeber, kręgosłupa, łopatek, przemieszczaniem organów, podduszaniem. Dziewczynka bardzo cierpi fizycznie i psychicznie, rodzice zaś (Sean i Charlotte) zmuszeni są wydawać bajońskie sumy, by utrzymać dziewczynkę przy życiu, rehabilitować ją, jeździć po szpitalach całej Ameryki.
Pewnego dnia agencja prawnicza podsuwa im pomysł wybrnięcia z finansowych problemów. Oto mogą zaskarżyć lekarza, który prowadził ciążę Charlotte i zdobyć w wyniku tego pieniądze, zapewniające Willow godną przyszłość i leczenie. Podstawą oskarżenia miałby być fakt, iż lekarz położnik już w osiemnastym tygodniu ciąży mógł uprzedzić Charlotte, że jej dziecko urodzi się dotknięte OI, ona zaś mogła dokonać aborcji. Tymczasem chorobę dostrzeżono dziewięć tygodni później, gdy na aborcję było - wedle powszechnej opinii - za późno. Sprawa staje się szczególnie kontrowersyjna, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż lekarką jest najlepsza przyjaciółka Charlotte, dobra, mądra kobieta, dzięki której Willow w ogóle pojawiła się na świecie. Piper pomagała rodzinie jak tylko mogła i przez siedem lat problemy tych rodziców oraz tego dziecka były jednocześnie jej własnymi problemami. Ponadto podczas rozprawy, która stanie się sensacją medialną w całym kraju, matka będzie musiała jasno powiedzieć, że gdyby wcześniej wiedziała o chorobie córeczki - usunęłaby ciążę. Tymczasem Willow to nieprawdopodobnie bystre, wrażliwe, oczytane i inteligentne dziecko, które bez wątpienia zrozumie sens rozprawy, określanej w prawniczym języku jako "proces o niedobre urodzenie". Czy jednocześnie zrozumie, że matka skłamie dla jej dobra? Że aby zapewnić jej godny byt i bezpieczną przyszłość powie: "nie urodziłabym cię"?
W tle rozbrzmiewa też inny dramat. Oto starsza siostra Willow - Amelia - zapomniana i niedostrzegana przez rodziców, zapada na bulimię i zaczyna dokonywać coraz częstszych aktów samookaleczania...Pani prawnik natomiast, będąca dzieckiem adoptowanym, szuka swej biologicznej matki.
Dlaczego wspomniałam, że nie rozumiem intencji autorki? Ponieważ zagadkowa i irytująca pozostaje dla mnie kreacja Charlotte. Picoult chce ją przedstawić jako kobietę silną, walczącą o swoje dziecko w sposób absolutnie bezkompromisowy, nie liczącą się z nikim i z niczym, jeśli stawką jest dobro Willlow. I jest to wszystko zrozumiałe, oczywiście, tyle tylko, że w moim odczuciu Charlotte to kobieta, która nie tyle walczy, co... warczy. Warczy na cały świat, a jej poczynania względem lekarzy, pielęgniarek, nauczycieli, opiekunów są żenujące, odstręczające, budzące wręcz odrazę. Być może Picoult chciała stworzyć postać, która wywoła takie właśnie wzburzenie. Cóż, w takim razie prawie się udało. "Prawie", bo niezmiernie trudno przy tym wszystkim współczuć Charlotte. Jeśli jednak – i do tej wersji się przychylam – chciała wykreować wizerunek walczącej i budzącej szacunek lwicy, kobiety pełnej poświęcenia i życiowej mądrości, to niestety - nie wyszło. Przynajmniej we mnie Charlotte nie wzbudziła niczego poza irytacją.
"Krucha jak lód" zmusza do zastanowienia się, co tak naprawdę powinniśmy dawać w imię miłości. Czego oczekujemy od kochającego nas człowieka?
Z niemałymi czytelniczymi emocjami, które starałam się porządkować po niemal każdym rozdziale i przy uważnym – jak sądzę – czytaniu, ostatecznie opowiedziałam się po stronie Seana, który odżegnuje się od procesu. Nie jest w stanie wziąć udziału w rozprawie, opierającej się na założeniu, że byłby gotów przerwać życie córki, gdyby wiedział wcześniej, z jaką chorobą przyjdzie ona na świat.
Charlotte utrzymuje, iż kocha Willow bezgranicznie i dlatego właśnie troszczy się o jej finansowy byt. Zapewnienia te przewijają się bezustannie, są sednem całej tej opowieści. Charlotte decyduje: skłamię, ponieważ kocham. Dla dobra ukochanego dziecka powiem, że nie było mi ono potrzebne.
Ja zaś zadawałam sobie pytanie, czy w miłości przypadkiem nie jest najważniejsza prawda. Tylko prawda bowiem – moim skromnym zdaniem - rodzi w sercu ukochanego człowieka poczucie bezpieczeństwa. Jeśli skłamiemy i najdroższej nam istocie powiemy, choćby w najlepszej wierze i z najczystszymi intencjami, "nie kocham cię, nie potrzebuję", to ją zranimy. A kto kocha ten nie rani. Nigdy nie czyni tego świadomie, nigdy z rozmysłem, bo troska, opieka, ochrona przed cierpieniem są chyba istotą miłości.
Nie tylko o miłość rodzicielską tu chodzi. Charlotte, walcząc o dziecko, przestaje całkowicie zauważać opinie i potrzeby Seana. Tymczasem miłość to nie tylko rozpaczliwe wtulanie się w poduszkę ukochanej osoby, nie tylko dążenie do dotyku, do fizycznej bliskości. Jeśli kocham, to przede wszystkim pozwalam tej osobie to odczuć. Nie tylko dzięki czynom, ale też dzięki słowom. Nie w ukryciu, "przy szczelnie zamkniętych oknach", ale wprost, tak by nie miała wątpliwości. Buduję w niej świadomość, bez której nie można normalnie żyć, nie sposób zwyczajnie funkcjonować – świadomość, że jest kochana, że nie odwrócę się od niej i nie skłamię nawet w najlepszej wierze. Bo kłamstwo zasiewa ziarno niepewności, a z takiego ziarenka niepostrzeżenie może wyrosnąć dorodny chwast krzywdy.

Nie krzywdzimy tych których kochamy. Ich poczucie bezpieczeństwa nie może stać się trupem, po którym dążymy do celu. Bardzo bym się bała kłamać na temat miłości.

3 komentarze :

  1. Witaj, Aniu:) Znalazłam cię i zasiadam w kąciku. Nie wiem, jaki zmysł zaprowadził mnie od razu do Picoult. Czytałam przed laty, teraz zaniechałam. Czasy przed blogiem to mój raptularz, w którym zapisywałam swoje opinie książkowe. Nie polubiłam autorki mimo szalejącej blogosfery, zachwytów, bo powstał nawet odrębny blog tylko jej poświęcony. Najpierw przeczytałam "Kruchą jak lód", a potem "Bez mojej zgody". Czytałam z wypiekami, więc co było nie tak? To świat bez Boga! Decydowanie o życiu dziecka odbywa się w sferze materialnej na sali sądowej! Żadnych refleksji, wyrzutów sumienia. Płaczemy nad losem pokrzywdzonych dzieci, ale drugi wymiar to zgoda na dokonanie aborcji, czyli eugenika się kłania. Czytelniczki mają być poruszone historią zaprogramowanej genetycznie siostry, jednak in vitro ma zostać nietykalne. Oj, dostało mi się za taką opinię! Zwolenniczki metody cytowały mnie na swoich blogach i szarpały niczym piranie. Odpuściłam, weszłam w tematykę martyrologiczno-patriotyczną, bo ta białogłowy zdecydowanie mniej zajmuje. W takich okopach tkwię do dziś.
    Z ciekawością poczytam pozostałe recenzje i wracam do mojego "papierowego domu". Dobrze, że jesteś:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bogusiu, ja odpuściłam całkowicie Picoult po "Tam, gdzie ty". Lubiłam tę autorkę, ale w którymś momencie jej moralizatorstwo i poprawność polityczna zaczęły mnie bezgranicznie irytować. Ja mam poglądy dość usystematyzowane, cenię autorów, którzy zmuszają mnie do myślenia, ale - jak napisałam w innym miejscu - poprawnościowy fartuszek Picoult zaczął przygniatać mnie bardzo mocno.
    Twój blog bardzo, bardzo mi się podoba i zamierzam go polecić komuś mądremu, kogo od wielu lat bardzo sobie cenię.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja mam samych mądrych czytelników :-D Serdeczności

    OdpowiedzUsuń