piątek, 22 marca 2013

Trudne chwile z komisarzem Montalbano :)

Utkwiłam w procesie przeprowadzania życiowych zmian. Prawie nie śpię, niemal nie jem. Rankiem dostaję szczękościsku na widok śniegu i osłabia mnie perspektywa tułaczki po nieznanych dzielnicach, stania na przystankach, przymarzania do chodników czy brodzenia w lodowatej brei do późnego wieczora.
I tylko malutkie, niepozorne książeczki, konsekwentnie wożone w torebce wśród setek papierów, grzeją niczym termoforek. Skrzą się dowcipem, rozbudzają tempem akcji, tętnią witalnością i pachną... morskim powietrzem, słońcem, a nade wszystko niesamowicie opisywanymi potrawami.
Rzecz cała dotyczy zagadek kryminalnych rozwiązywanych przez lekko przytłoczonego swym średnim wiekiem, nieco zgryźliwego, komisarza Montalbano - człowieka wielkiej bystrości, niebagatelnej intuicji i inteligencji równie wysokiej, jak ... wrażliwość jego podniebienia.
Myśli Montalbana są precyzyjne i trzeźwe, uczucia - romantyczne i pełne iście sycylijskich uniesień. Komisarz kocha i błądzi, a ponadto śledzi, odkrywa i bezbłędnie trafia w czułe punkty rozmaitych przestępców. Jego przesłuchania to fantastyczna aktorska gra, przedstawienia organizowane z niemałym rozmachem, ku uciesze sympatycznych kolegów i - naszej, czytelniczej.
Camilleri pisze dokładnie tak, jak lubię. Krótko, treściwie, dowcipnie, zaskakująco, zawsze trafiając w sedno oczekiwań. Dialogi wygłaszane są z prawdziwie włoskim temperamentem i solidną dawką humoru, bohaterowie zaś posiadają własne, bardzo charakterystyczne cechy językowe. Niejaki Catarella na przykład powinien być dodawany do każdego poranka niczym mleko do kawy, śledząc bowiem jego poczynania i językowe przygody, człowiek jest w stanie pozytywnie usposobić się na cały dzień.
Camilleri udowadnia prostą prawdę: bogactwo pisarza tkwi w umiejętności zwięzłego a wielce klimatycznego przedstawiania świata. Prawdziwie dobry twórca barwnie i bogato wykreuje rzeczywistość, posługując się nawet bardzo krótką, surową formą. Ponadto - bez stosowania skomplikowanej metaforyki i zagmatwanych opisów - sprawi, że będziemy odbierać lekturę niemal wszystkimi zmysłami.
Zaczynam cenić Camillerego na równi z moim ulubionym Mankellem. Sycylijski pisarz ma jednak nad Szwedem pewną przewagę jeśli chodzi o konstrukcję fabuły. Mankellowi zdarza się rozwiązywać nakreślone problemy przy pomocy "cudu". Sprawia tym samym wrażenie, jakby nie potrafił rozwikłać stworzonego przez siebie kłębowiska zdarzeń, intryg i relacji. Pojawia się wówczas deus ex machina, który ratuje bohaterów z opresji, a czytelnika pozostawia w stanie pewnego niedosytu i niedowierzania.
U Camillerego z takim kulejącym zabiegiem dotąd się nie spotkałam. Rozwiązania akcji były płynne, wiarygodne, umotywowane i z elementem zaskoczenia.
Cieszcie się zatem tymi niewielkimi książeczkami, uśmiechajcie do sycylijskiego słońca, odpoczywajcie i ... tęsknijcie. Do lata, do ciepła, do ryb prosto z morza i wakacji pachnących bazylią.

3 komentarze :

  1. Nie trzeba czytać po kolei. Z trzech wymienionych najbardziej ubawiłam się przy "Skrzydłach sfinksa" i tę bym polecała dla "załapania klimatu". Radzę siadać do książki z absolutnie pełnym żołądkiem. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z absolutnie pełnym żołądkiem? A dlaczegóż to? ^^

      Usuń