wtorek, 9 kwietnia 2013

Przyjemność z czytania... cz. I

Wdałam się ostatnio w pewną drobną utarczkę, dotyczącą książki, która wywarła na mnie bardzo negatywne wrażenie. Podczas trwania rozmowy zapytano mnie, jak - "rozkładając książkę na czynniki pierwsze, roztrząsając każde zdanie i analizując każdy akapit" - mogę w ogóle odczuwać przyjemność z czytania? I czy aby na pewno ją odczuwam? Odpowiedź brzmi: oczywiście! Jak najbardziej! Ale - choć czytam sporo, radość z czytania nie zawsze jest tak samo intensywna.
Nie bardzo wiem, jak to się dzieje, że czasami już na sam widok nowej książki cenionego przeze mnie autora odczuwam przyjemność czysto fizyczną. Niektórym kobietom "miękną kolana" na widok przystojnego  mężczyzny, a mi zmiękły ostatnio na widok nowej powieści Fallady ;) W takiej sytuacji, choć zawsze byłam kiepska z matematyki, nagle budzi się we mnie matematyczny geniusz, który błyskawicznie przelicza stosunek cen książek do zaplanowanych koniecznych wydatków i poczynionych oszczędności.
A potem nastaje czas, gdy otwiera się nowy nabytek, nabiera powietrza przy pierwszym akapicie i - niczego po drodze nie analizując, nie roztrząsając, a jedynie chłonąc treść każdą komórką - wypuszcza się je na ostatniej kropce. Co więcej, bywa, że książka nawet się śni. Śnią się bohaterowie, wydarzenia, alternatywne rozwiązania. Przez kilkadziesiąt godzin dobrą książką po prostu się żyje.
Od czego zatem zależy to, że nad pewnymi tekstami będę się pastwić, wytykając rozmaite felery, drążąc i zastanawiając się, co było nie tak, a inne będą żyć i tętnić "w każdej krwi kropelce", choć wcale nie są literaturą z najwyższej półki?? Dochodzę do wniosku, że abym odczuła niczym nieskrępowaną czytelniczą przyjemność, zaistnieć musi kilka absolutnie koniecznych warunków:
1. Pierwszy i najważniejszy to zaskoczenie. Książka ma mnie zadziwić. Ma sprawić, że zmienię zdanie w ważnej kwestii, że będę się głowić, jak postąpiłabym w sytuacji bohatera i nie znajdę zbyt szybko odpowiedzi. Dzięki książce mam odkryć, coś czego dotąd  o sobie nie wiedziałam. Jeśli mam do czynienia ze skomplikowaną akcją, to jej rozwiązanie nie może nosić znamion cudu. Ma być wiarygodne, wcześniej umotywowane (w przypadku kryminału tak, bym zauważyła to dopiero po fakcie) i - raz jeszcze to powtórzę - zaskakujące. Książka ma mnie dziwić do upojenia. Ma mi zaproponować coś zupełnie nowego: może jakąś prawdę o ludzkiej naturze, której dotąd albo nie dostrzegałam, albo nie umiałam ubrać w słowa ("Każdy umiera w samotności", "Musimy porozmawiać o Kevinie")?  Może wykreować rzeczywistość alternatywną ("Wallenrod")? Może zadziwić kompozycją, konstrukcją ("Gniazdo światów")? Może wzbudzić grozę ("Kwiaty na poddaszu"), czy wrócić do znanych motywów w zupełnie nowy sposób ("Stan zdumienia")? Wreszcie - książka powinna mi zagwarantować wątpliwość. Wieloznaczność. Wahanie. Jeśli nie zmusi mnie do myślenia, to znaczy, że jest bez wartości.
2. Kolejnym warunkiem jest atmosfera. Wydarzenia nie muszą pędzić, nie muszą być najistotniejsze, jeżeli autor roztoczy obraz rzeczywistości, którą odczuję każdym zmysłem. Skandynawia Mankella, Sycylia Camillerego, Hiszpania Pereza-Reverte czy zamczyska Gregory to miejsca przedstawione w taki sposób, że czytając o nich czuje się zapach potraw, wilgoć lochów czy wiatr na twarzy. Chcę takiego świata przedstawionego, po którym będę się z pasją rozglądać, a kończąc książkę chcę odczuwać tęsknotę za owym światem.
3. Bohaterowie natomiast nie mogą być idealni. Mają być żywi, zmienni, przy jednoczesnym pozostawaniu prawdopodobnymi i w pewien sposób podobnymi do nas, czytelników. Mają ewoluować, popełniać błędy, mieć wątpliwości oraz prezentować zarówno zachowania typowe, dzięki którym łatwiej będzie się z nimi utożsamić, jak i charakterystyczne wyłącznie dla siebie. Bohater powinien być jedyny w swoim rodzaju, ale nie kuriozalny.  Idealnie jest, jeśli posiada również właściwe sobie nawyki językowe, jakiś własny styl wypowiedzi. Jak każdy z nas.
4. Ostatnim chyba kryterium, decydującym o poziomie mojej przyjemności czerpanej z czytania, jest język właśnie. Profesor Jacek Brzozowski wpajał nam, studentom, że  człowiek który ma prawdziwie bogaty zasób słownictwa, erudyta, wyraża się krótko i treściwie. Dobry tekst powstaje wtedy, gdy w jego krótkim fragmencie zaistnieje nie tylko głęboka treść, ale jeszcze wieloznaczność. Zawrzeć w kilku słowach wielką sprawę - to jest sztuka.

I sztuką właśnie, sztuką wysokiego lotu, jest powieść Majgull Axelsson "Lód i woda, woda i lód". Niepokojąca, zaskakująca, wielopłaszczyznowa, wieloznaczna i taka... nie znajduję innego określenia... płynna. Podobnie jak czytany przeze mnie rok temu "Dom Augusty" opowiada ona o nieprawdopodobnej sile i roli więzi rodzinnych oraz o tym, jak bezdyskusyjnie są one potrzebne przy budowaniu poczucia bezpieczeństwa i kształtowaniu życia osobistego. Axelsson omawia problemy przede wszystkim dwóch pokoleń pewnej rodziny, wspomina niekiedy o trzecim, ale czyni to w sposób tak płynny właśnie, tak "naturalnie" przechodzi od przedstawiania losów jednego bohatera do innego, że ma się wrażenie, iż kreśli obraz jednego organizmu. Granica między tym, co obecne (podróż bohaterki lodołamaczem i ekspedycja naukowa), a tym co retrospektywne (dzieje jej rodziny) nakreślona jest bardzo delikatnie. Widzimy dzięki temu ogrom wpływów przeszłości na teraźniejszość, ich niezmiernie silne zespolenie. Sami nie wiemy kiedy "wczoraj" złączyło się z "dziś" i zaczęło je kształtować. Jesteśmy prawdziwie zaskoczeni odnajdując na lodołamaczu postacie z przeszłości, zupełnie jakbyśmy nie mieli do czynienia z linearnością czasu, ale okręgiem czy pętlą.
Język to istny majstersztyk. Skarbnica krótkich, prawdziwie odkrywczych, genialnych cytatów, najczęściej oscylujących wokół ciemniejszych stron ludzkiej natury i tego, co koniecznie chcielibyśmy sami przed sobą ukryć.
Axelsson zaspokoiła wszystkie moje czytelnicze potrzeby. Czytałam jak urzeczona, na jednym wdechu, choć na tę pisarkę trzeba mieć czas. Trzeba mieć czas, by dostrzec te językowe perełki. Tę trafność, precyzję, wieloznaczność i odkrywczość. Czy odczuwałam przyjemność? To za mało powiedziane. Odkrywałam, poznawałam, odgadywałam. I myślałam.

cdn.

0 komentarze :

Prześlij komentarz