niedziela, 23 lutego 2014

Królowa NIE przypłynie...

"Jutro przypłynie królowa" to najdrastyczniejsza, najbardziej przytłaczająca książka o utopii, jaką zdarzyło mi się czytać - reportaż o regularnie powtarzającym się okrucieństwie, w pełni sankcjonowanym i w przedziwny sposób niedostrzeganym przez cywilizowany świat. Okrucieństwie dziejącym się w czasach pokoju, w majestacie prawa, przy powszechnej akceptacji społecznej, bez związku z jakąkolwiek racją czy ideą. Rzecz dzieje się na wyspie Pitcairn, zaludnionej przez potomków buntowników ze statku Bounty i porwane tahitańskie kobiety. Żyjąca w rajskich warunkach wspólnota skrzętnie ukrywa przed światem drastyczne praktyki, jakim od lat hołduje znaczna jej część. Gdy w 2004 roku wychodzi na jaw ułamek problemów, brytyjski wymiar sprawiedliwości odnosi się do nich z żałosnym lekceważeniem, a potem usiłuje zatuszować całą sprawę przy pomocy „obłudnej i skorumpowanej polityki” oraz politycznej poprawności językowej. Lokalna społeczność natomiast drastycznie potępia „zdrajców”, dzięki którym cząstka prawdy wypłynęła poza wyspę. Kilka lat później Polak, Maciej Wasielewski, wykazując się niemałym sprytem i odwagą, podejmuje temat kontrowersyjnych tajemnic wyspiarzy, a następnie, w 2013 roku, publikuje niezapomniany reportaż... „Tylko w ostatnich dwudziestu latach na wyspę zawinęło ponad sto statków i okrętów. Każdy mógł być okiem świata. Nikt niczego nie dostrzegł. Dlaczego?
Zastanawiam się, czy ten rok nie będzie aby Rokiem Literackich Wysp. Zaczynam wierzyć, że temat wyspy kryje w sobie jakąś szczególną magię, szczególną tajemnicę i chyba dlatego po książki, których akcja rozgrywa się na wyspach sięgam w pierwszej kolejności, bezwiednie, wyczuwając je na odległość. Pozostając w temacie kończę właśnie "Czarny dom" Petera Maya, który zmroził mnie i oczarował jednocześnie.

0 komentarze :

Prześlij komentarz