środa, 5 marca 2014

Chiny w dziesięciu słowach...

Czy można w dziesięciu słowach opisać Chiny? Z pewnością można oddać ich ducha, scharakteryzować ludzką mentalność, pragnienia, lęki i problemy. Jestem przekonana, że prawdziwie dobra literatura to taka, której twórca potrafi przedstawić skomplikowane kwestie w kilku słowach, w paru zdaniach nakreślić wieloznaczności i sprowokować czytelnika do myślenia. Co za tym idzie, uważam Yu Hua za pisarza genialnego. Udało mu się w dziesięciu wyrazach scharakteryzować chiński lud, siebie samego, własne dzieciństwo, młodość i historię kraju, ja zaś nie potrafię dobrać nawet kilkuset słów, by nakreślić wielkość mego podziwu. „Chiny...” są książką, którą czyta się jednym tchem, która sprawia, że życie wokół nas zamiera, a rozmaite codzienne wyzwania podejmujemy dopiero wtedy, gdy ją odłożymy. To reportaż pisany jak powieść. Powieść o malcu, a potem dorastającym chłopcu, którego lata szkolne przypadają na czas Rewolucji Kulturalnej Mao Zedonga. Relacja z tych jakże mrocznych lat, przesiąkniętych okrucieństwem i makabrą, nabiera niecodziennych barw. Jest przeplatana elementami komicznymi, rozrzewniającymi, staje się prawdziwie wzruszająca. Język reportażu jest prosty i … aż za gardło ściska. Sam autor pisze wszak, że aż do skończenia szkoły średniej nie stykał się z literaturą inną niż propagandowa. Przez całe dzieciństwo towarzyszyły mu „Dzieła wybrane” Mao, słynna czerwona książeczka z cytatami wodza oraz propagandowe gazetki. Tyle. Gdy raz wpadła mu w ręce „Dama kameliowa” - przepisywał ją na zmianę z kolegą, pamiętając, że muszą się z tym uporać w jedną noc. Sam pisarz twierdzi, że ma ubogie słownictwo i stąd bierze się prostota jego tekstów. Cóż, pozostaje życzyć całemu światu, by miał takich pisarzy, dysponujących takim „ubogim” zasobem wyrazów i aby powodowali oni podobne wzruszenia. Rozdział o czytaniu jest bodaj najbardziej poruszający. O staniu całą noc w kolejce do księgarni po to, by przekonać się, że dostarczono 50 talonów na książki, a jest się 51-szym kolejkowiczem. O rozpaczliwym i bezskutecznym poszukiwaniu książek innych niż w czerwonej okładce i 4-tomowym wydaniu, czyli takich, które nie będą dziełami Mao. O samokrytyce, którą musieli składać prości ludzie, zapisując wyimaginowane przewinienia w wielkoformatowych gazetkach. „Chiny...” to książka obowiązkowa zwłaszcza dla nas, wiecznie narzekających, niezadowolonych, rozleniwionych, tak żałośnie łatwo zapominających... Przeczytajcie koniecznie, najlepiej rezerwując sobie na to jakiś wolny dzień, bez istotnych obowiązków, bo książka unieruchomi Was w fotelu na długie godziny.

0 komentarze :

Prześlij komentarz