czwartek, 19 czerwca 2014

"Ogród wieczornych mgieł"

"Poczułam, że przekraczając ten próg, znajdę się w miejscu, które istnieje tylko na styku powietrza i wody, światła i czasu."

„Ogrodu wieczornych mgieł” nie sposób czytać w pośpiechu. Są książki, które aż proszą, by sięgać po nie wieczorami, inne stworzone są dla leniwych popołudni, zaś ta najdoskonalej komponuje się z wczesnym, jeszcze chłodnym porankiem, perspektywą całkowicie wolnego dnia i świeżym umysłem. Próbowałam czytać „Ogród...” po pracy i zirytowana odkładałam po kilku akapitach. Nie jest to bowiem książka, która pozwoli odpocząć. Wręcz przeciwnie – mimo swej spokojnej, wyciszającej atmosfery wymaga bezustannego skupienia, intelektualnego wysiłku i ogromnych pokładów cierpliwości. Każde zdanie jest tu osobną, mądrą, precyzyjnie skonstruowaną myślą. Każde brzmi jak nauka. Ani jedno słowo nie pozostaje bez znaczenia, czytanie zaś zaczyna przypominać formowanie drzewka bonsai. Ostateczny kształt rośliny i ostateczny kształt powieściowej historii drzemią tylko w naszej wyobraźni, niedostępne tu i teraz.

"Na górskim szczycie powyżej linii chmur przed laty mieszkał pewien człowiek, który niegdyś był nadwornym ogrodnikiem cesarza Japonii".

Rzecz dzieje się w Malezji. Bohaterką jest emerytowana pani sędzia, która w obliczu rychłej utraty pamięci i zdolności komunikowania się ze światem postanawia spisać swe wspomnienia i znaleźć dzięki temu odpowiedź na pytanie, co tak naprawdę łączyło ją ze znanym cesarskim ogrodnikiem. Była to bowiem relacja niezmiernie trudna, pełna niedopowiedzeń i tajemnic. Ona to Chinka, niegdysiejsza więźniarka japońskiego obozu koncentracyjnego, torturowana, trwale okaleczona, pełna goryczy i nienawiści, on zaś – to Japończyk, kojarzony z narodem oprawców. Do ich spotkania dochodzi, gdy kobieta postanawia uczcić pamięć zamordowanej siostry i prosić ogrodnika o założenie dla niej wymarzonego japońskiego ogrodu. Zaczynają razem pracować, a wokół nich szerzą się mordy i gwałty zadawane przez dążącą do władzy partię komunistyczną.

Akcja rozsnuwa się bardzo powoli, czytelnik wie, że zostanie przed nim odsłonięta ważna tajemnica, jednak przez szereg rozdziałów bardziej się od niej oddala, błądzi niż zbliża. To drażni i dopiero, gdy przeczyta się zdecydowaną większość powieści, dostrzec można, że jej specyficzna kompozycja ma głęboki sens. Przypomina to, co jest tłem i przedmiotem całej historii – japoński ogród. Sztuka jego tworzenia polega na tym, by zwiedzający oglądał przede wszystkim fragmenty, nie zaś całość, bowiem w ten sposób ogród wyda mu się bardziej przestronny, wzbudzi poczucie oczekiwania, uruchomi emocje i wyobraźnię. Gość doprowadzany jest przy tym do punktu, w którym – przez starannie wykreowany „przypadek” – staje przed zapierającym dech widokiem. Widokiem – niespodzianką. Odsłonięciem tajemnicy.
Czytając tę powieść również błądzimy po rozmaitych ścieżkach nakreślonej tu historii, rzadko dotykając jej źródeł, ledwo ocierając się o centrum. Cała lektura to wyczekiwanie, piękno oraz nauka. Pojawiają się one na każdej z owych ścieżek i mam wrażenie, że mogą pozostać w nas na bardzo długo.

2 komentarze :

  1. Słyszałam o książce i od dłuższego czasu mam ochotę ją przeczytać, w dodatku taka piękna okładka! Ale skorzystam z rady i przeczytam dopiero, gdy będę w pełni korzystać z wakacji :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak. Moim zdaniem nie ma sensu jej zaczynać, gdy stale jest coś do zrobienia. Zdenerwuje powolność akcji i nie wyłapie się rozmaitych perełek.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń