wtorek, 29 lipca 2014

Moje wielkie czytelnicze wakacje: południe Europy :)

"Mężczyzna, który tańczył tango" to powieść diametralnie różna od znanych mi tekstów Artura Perez-Reverte. Rozczarowana nią nie jestem, bo recenzje śledziłam odkąd tylko się pojawiła i właściwie wiedziałam, że tym razem czytelnicza przygoda rozegra się w zupełnie innym klimacie.
Podczas lektury odniosłam wrażenie, że echa takich dzieł jak "Miłość w czasach zarazy", czy "Wielki Gatsby" świetnie komponują się tutaj z motywami powieści łotrzykowskiej i szpiegowskiej.
Gdybym miała w kilku słowach streścić rzecz całą, powiedziałabym, że jest to przede wszystkim powieść o oszukiwaniu siebie i świata, o bezustannej grze pozorów i o powodach, dla których człowiek wikła się w kłamstwo, żyje w kłamstwie, oddycha kłamstwem i pewnego dnia nie jest już w stanie stwierdzić, gdzie przebiega granica między "ja" prawdziwym, a "ja" wykreowanym dla potrzeb chwili. Nie ma tu, charakterystycznych dla tego pisarza, zagadek z dziedziny historii kultury. Nie jest to powieść bliska mojej ulubionej "Szachownicy flamandzkiej" czy "Klubowi Dumas". "Mężczyzna..." tętni przygodą, ale w jej tle wciąż przewijają się przede wszystkim problemy etyczne. Akcja rozpędza się i od pewnego momentu gna na złamanie czytelniczego karku, by pod koniec gwałtownie zahamować i zmusić do przemyślenia motywów, zachowań, relacji zachodzących między bohaterami. Staje się świetnym - jak sądzę - tematem do dyskusji na temat pewnych życiowych wyborów, dumy, konsekwencji i ambicji. Każe, w stopniu większym niż to dotąd bywało, myśleć nie tyle o ukrytych zagadkach, co przede wszystkim o człowieku jako takim. Nie o szachach, obrazach, budowlach czy książkach, kryjących dziejowe tajemnice, ale o motywach postępowania, emocjach, odnajdywaniu siebie.
Podczas lektury oddychamy atmosferą wielkiego świata lat 20-tych, 30-tych i 60-tych. Odwiedzamy Buenos Aires, Niceę, Sorrento. Pływamy luksusowymi statkami, przyglądamy się zapierającym dech krajobrazom, podróżujemy Orient Ekspressem i mamy do czynienia z bohaterami skąpanymi w tak wielkim bogactwie, że pobrzmiewający gdzieś w tle problem II wojny światowej - właściwie tych postaci nie dotyczy. Niezmierzona ilość pieniędzy, przepływających przez złote konta, pozwala ich posiadaczom traktować historyczne przełomy zgoła marginalnie. Zdarza się tylko jeden wyjątek...
Do tego świata, w którym miarą wartości człowieka jest wyjątkowość pereł w spinkach jego mankietów, do świata, gdzie miejsce przy restauracyjnym stoliku może kosztować tysiące funtów - niezmiernie pragnie się dostać chłopiec z najuboższych dzielnic Buenos Aires, Max Costa.
Poznajemy go jako statecznego szofera, pozostającego na usługach pewnego lekarza z okolic Neapolu, a potem odbywamy z nim, kipiącą od zagadek, oszustw i kłamstw, podróż w przeszłość, do Ameryki Południowej i Nicei. Dowiemy się wielu ciekawostek z historii tanga i rozgrywek mistrzostw szachowych. Zostaniemy uwikłani w aferę szpiegowską, a przede wszystkim w burzliwe dzieje pewnego uczucia, które jednak do samego końca trudno będzie nazwać miłością. Nic nie będzie jednoznaczne, nic nie będzie oczywiste. Kto będzie się spodziewał krzepiącego rozwikłania rzeczy całej - zawiedzie się srodze. Dla Costy najistotniejsze wszak będą pieniądze, stoickie opanowanie i obojętność wobec emocji. Te trzy sprawy pozwolą mu niejednokrotnie wstrząsnąć arystokratycznymi kręgami Europy, staczać się na dno i z trudem podnosić, wreszcie - w jesieni życia - stanąć u progu kluczowej decyzji, której motywów sam nie będzie potrafił określić.
Już początek powieści wiedzie nas na manowce, jest bowiem podejrzanie spokojny. Dużo zmysłowości i wiele informacji na temat tanga może dawać nam złudzenie, że będzie spokojniej niż to zwykle u tego pisarza bywa.
Nic bardziej mylnego. W części poświęconej Buenos Aires zaledwie wyczujemy niepokój, ale przez Niceę i Sorrento będziemy gnać.
Udanej podróży Wam życzę. :)

5 komentarzy :

  1. Skoro jest inna niż "Szachownicę flamandzką" i "Klub Dumas" to raczej sobie odpuszczę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jest inna, dlatego nie polecam za wszelką cenę. To specyficzna powieść. Z bardzo dużą dawką erotyki również. Styl doskonały, język - perfekcyjny, opisy - rewelacja, jak to u Pereza-Reverte. Ale tematyka zdecydowanie inna.
    A "Ostatnią bitwę Templariusza" czytałaś? Nie tak świetna jak wymienione, ale też dobra. O tajemnicach starego kościółka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Perez-Reverte to jeden z niewielu współczesnych pisarzy, których książki leżą u mnie na honorowym miejscu. Z wyjątkiem "Królowej Południa", "Huzara" i cyklu o kapitanie Alatriste, który jakoś mnie nie porwał, każda jego książka znajduje się na szczycie listy moich ukochanych powieści. Prawie każda, bo nie czytałam jeszcze trzech: "Oblężenia", "Dnia gniewu" i "Cierpliwego snajpera" - wszystkie już czekają w kolejce. Uwielbiam "Szachownicę flamandzką", bo to od lektury tej książki zaczęło się moje uwielbienie dla hiszpańskiego pisarza, kocham "Klub Dumas", bo to książka o książkach (i w ogóle długo można wymieniać powody), tak samo jest z "Fechtmistrzem", "Cmentarzyskiem...", "Ostatnią bitwą...", "Batalistą". A od chwili, w której przeczytałam "Mężczyznę, który tańczył tango" moje uwielbienie stało się obsesyjne. Nie pisałam recenzji tej książki - za bardzo mnie zachwyciła. Czasami mam blokadę, która nie pozwala mi opowiadać o książkach zbyt dla mnie ważnych. Piękna, piękna, piękna - tylko to ciśnie mi się na klawiaturę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ha!! Mam to samo. Niektórych książek opisać i zrecenzować po prostu nie umiem, tak bardzo są doskonałe. Wszystko, co o nich napiszę wydaje mi się miałkie, bzdurne i bez znaczenia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ha!! Mam to samo. Niektórych książek opisać i zrecenzować po prostu nie umiem, tak bardzo są doskonałe. Wszystko, co o nich napiszę wydaje mi się miałkie, bzdurne i bez znaczenia.

    OdpowiedzUsuń