piątek, 11 lipca 2014

"Pobojowisko"

Nowa Fundlandia, rok 1940. Młody katolik Wish Furey zarabia na życie, podróżując z objazdowym kinem po północnym wybrzeżu wyspy. W Cove, jednej z protestanckich osad rybackich, poznaje Sadie Parsons. Narastający konflikt między Wishem a rodziną Parsonsów – uprzedzoną wobec katolickiego zalotnika – sprawia, że chłopak ucieka z Cove jako złodziej i niedoszły morderca, zaś Sadie opuszcza rodzinną osadę, by szukać go w stolicy wyspy, St. John's.
Dziewczyna nie ma pojęcia, że Wish trafił do obozu koncentracyjnego w Japonii, gdzie stał się jedną z trzech głównych ofiar zarządcy.


„Pobojowisko” to tekst lodowaty, surowy, przytłaczający, w którym nie potrafiłam dostrzec nawet cienia piękna czy nadziei. To portret człowieka, który na skutek traumatycznych, wojennych doświadczeń, sam staje się swoim największym wrogiem, obarcza się winą za zaistniałe zbrodnie i - w imię ich odkupienia - rezygnuje z tego, co dlań najcenniejsze. A potem pogrąża się w tej rezygnacji, czyniąc z niej sposób na życie, tarczę ochronną i powód do dumy.
Dziwią mnie nieco opinie głoszące, że jest to przede wszystkim powieść o wyklętej miłości. Po pierwsze, mam wrażenie, że najistotniejsza jest tu wojna i jej skutki oraz temat zła i pragnienia zemsty, zakorzenionych w naturze człowieka. Po drugie, nie bardzo rozumiem, jak mielibyśmy definiować owo "wyklęcie"? Jako wykluczenie z danej społeczności? Czy jako działanie Siły Wyższej?
Tak naprawdę dzieje pojawiającego się tu uczucia od początku do końca ukształtowane są jedynie (!) przez osoby najbardziej zainteresowane, ich lęki, wstyd, desperację czy błędne założenia. Poczynania głównej bohaterki sprawiają, że potępienie społeczne, które rzeczywiście się pojawia, mogłoby stać się sprawą marginalną i bez większego znaczenia, jednak jej niedoszły partner przekształca je w zarzewie wszystkich problemów.
Los człowieka nie wydaje się być obłożony klątwą o nadnaturalnych źródłach. Bohaterowie uginają się pod ciężarem złych decyzji, podejmowanych z większym lub mniejszym rozmysłem, ale pozostających ICH decyzjami.
Powieść Crummeya to również rzecz o ślepym, kamiennym uporze, który nie pozwala nam powiedzieć drugiej osobie, jak bezgranicznie ją cenimy i sprawia tym samym, że zrujnowane zostaje życie niekiedy jednostki, a niekiedy nawet kilku pokoleń. To tekst o katastrofalnym w skutkach milczeniu, o rozmijaniu, o życiowych pomyłkach, zrodzonych z tego, że ktoś komuś czegoś nie wyznał.
Cała historia jest również nawiązaniem do tak zwanego „efektu motyla", czyli przekonania, że nawet najprostsze działanie najsłabszej istoty na jednej półkuli globu, może odbić się katastrofą na półkuli drugiej.
Czy zatem tajemnica prostej kobiety, żyjącej w Nowej Funlandii, może mieć związek z czyimś poczuciem odpowiedzialności za bombę zrzuconą na Nagasaki? Czy życie kilkuletniego Japończyka wpłynie na wyznanie mieszkanki okolic St. John's? Czy ilość piw, wypitych przez kogoś w Halifaksie może zadecydować o byciu jeńcem w japońskim obozie?

„Doszedł do przekonania, że nawet najsubtelniejsza zmiana (…), nawet najbardziej pozbawiona znaczenia wariacja wystarczyłaby, aby odmienić bieg wydarzeń, a jego życie przybrałoby całkiem inny obrót”.

A jak takie przekonanie pogodzić z głęboką wiarą?

„Wish odnalazł swego rodzaju pociechę w myśli, że to Bóg jest winny”.

Ja jestem odmiennego zdania, a tych którzy chcą sobie owo zdanie wypracować zachęcam do spotkania z niełatwym „Pobojowiskiem”.


4 komentarze :

  1. Powieść wydaje się trudna, a zarazem warta uwagi. Może uda mi się ją przeczytać. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam "Dostatek" tego autora i byłam pod wrażeniem. "Pobojowisko" również mam w planach i mam nadzieję, że będzie mi się podobać tak, jak to było w przypadku poprzedniej książki :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No ja właśnie planuję przeczytać "Dostatek", ale trochę mnie martwi ten "realizm magiczny", który tam podobno występuje. Nie przepadam za tym nurtem... Ale skoro zewsząd słychać głosy, że warto...

    OdpowiedzUsuń