wtorek, 8 lipca 2014

"Starcie królów", czyli Klątwa Drugiego Tomu.

Na "Starciu królów", jak mi ktoś ładnie powiedział, ciąży obecna w wielu cyklach powieściowych klątwa drugiego tomu ;) Gdy prześledziłam sobie rozmaite recenzje i porozmawiałam z miłośnikami Martina, jasne się stało, że nie tylko ja miałam trudności z przebrnięciem przez to niemal 1000-stronicowe tomiszcze.
Władca Siedmiu Królestw umiera. Walkę o tron zaczynają dwaj jego bracia, syn małżonki (pochodzący z nieprawego łoża) i córka obalonego wcześniej szaleńca. Na północy natomiast koronowany zostaje syn oskarżonego o zdradę namiestnika. Pięć osób rości sobie prawo do Żelaznego Tronu, a spora gromada rozmaitych kombinatorów usiłuje na własną rękę zdobywać mniejsze zamki czy dodatkowe profity. Spiskom, planom, ucieczkom, przemieszczaniu wojsk, podróżom, przysięgom i zdradom nie ma końca. Konieczność zapamiętania dziesiątek nazwisk lordów, chorążych i kasztelanów, nazw kilkunastu twierdz, statków, załóg i grup najemnych w którymś momencie zaczyna nużyć i irytować. Miałam wrażenie, że na rzecz wątków strategicznych znika z kart tej powieści coś, co podobało mi się najbardziej: barwność charakterów. I wielokrotnie miałam zamiar porzucić rzecz całą, ale żal mi było rozstawać się z tym jakże drobiazgowo, wnikliwie i kunsztownie przedstawionym światem. Wytrwale starałam się zatem zapamiętać, kto i w jakim kierunku uciekał, kto zdradzał, co zawierały poszczególne listy i propozycje sojuszy, byle tylko tkwić nadal w tej misternie wykreowanej rzeczywistości.
Moja rada dla czytających jest następująca: zabrać się za "Starcie..." wtedy, gdy naprawdę nic innego nie mamy do zrobienia. Czytać ciągiem, bez rwania wątków, bez fragmentaryczności, która tylko nam skomplikuje śledzenie i tak już skomplikowanej akcji.
Świat powieści Martina jest zadziwiająco, genialnie kompletny i dlatego, z całą pewnością, cykl ten warto czytać. Jednakowo plastycznie, wiarygodnie i zmysłowo opisuje on pustynie, jak i kraje niemal wiecznych śniegów. Struktury tkanin, zapachy, klimat, potrawy, stroje, gry świateł, barwy i smaki przedstawia tak, że stają się widoczne, wyczuwalne i namacalne.
To świetny pisarz. Ale za poznanie tej świetności należy zapłacić prawdziwą wytrwałością. ;)

2 komentarze :

  1. Ja niestety jeszcze nie spotkałam się z Martinem, choć bardzo tego chcę... A to kolejna opinia, która sprawia, że poczułam się jak ktoś, kto nie zna czegoś, co należy znać ;) Ale mam nadzieję, że już niedługo!

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekam na relację! Zwłaszcza z II tomu, bo I - że tak powtórzę za Gombrowiczem - musi zachwycać. ;)

    OdpowiedzUsuń