niedziela, 20 lipca 2014

Niewidzialna korona.

Warto żyć dla takich książek. Książek, które sprawiają, że człowiek budzi się rano z jedną myślą: jak najszybciej zasiąść do czytania. I spieszy się w wakacyjny poranek, jakby co najmniej był spóźniony do pracy. Bo koniecznie chce wrócić do świata, który jest światem przebogatych dziejów, wbija nas w dumę, radość i powoduje najprawdziwsze wzruszenia, a wszystko, co się w nim zdarza, jest takie odważne, takie barwne, takie... nasze. Nareszcie, aż do zachłyśnięcia zachwycamy się tym, co POLSKIE.

Recenzję I tomu cyklu piastowskiego zamieszczałam tu rok temu i pisałam wówczas, że czegoś podobnego polski rynek wydawniczy nie widział. Dziś to potwierdzam. Od miesięcy udaje mi się czytać niemal wyłącznie bardzo dobre teksty, ale „Niewidzialna korona” staje poza wszelkimi porównaniami.


Przemysł II umiera. Panowie Starszej Polski powołują na tron Władysława, zwanego powszechnie Karłem. Szczęście jednak Władkowi nie sprzyja. Na północy przeciwstawia mu się bratanek Leszek. Margrabiowie brandenburscy łupią zachodnie grody. Henryk Głogowczyk miota się w gniewie, bo to on miał – z woli Przemysła – objąć tron w Poznaniu, a szalony i psychopatyczny Wacław II Przemyślida planuje zagarnąć cały kraj dla siebie.
Władek popełnia błąd za błędem, gubi go zapalczywość i niezmierzone pokłady energii, z którą nie bardzo wie, co czynić. Jakub Świnka rwie włosy z głowy, a ukoronowaniem problemów jest podpisanie skandalicznego układu w Klęce. Jaką rolę odegra w tym wszystkim młodziutka Rikissa, Władkowy sobowtór, czy umierający w lochach, domniemany królobójca? Kto konsekwentnie morduje Zarembów? Wreszcie, czym jest Niewidzialna Korona i kto ją tak naprawdę nosi? - pytania mnożą się karta po karcie, rozwiązania zagadek służą wyłącznie stawianiu kolejnych pytań, czas biegnie, powieść zbliża się ku końcowi, a czytelnikowi jest tak bardzo, bardzo... żal.
Bo chociaż dobrze wiemy, że przesympatyczny (acz odrobinę nieobliczalny w swej desperacji) Władzio zasiądzie na polskim tronie, denerwujemy się całymi sobą, obserwując jego poczynania. Kibicujemy mu całym sercem, mając jednocześnie ochotę przełożyć w rozpaczy przez kolano i wlepić solidnego klapsa tam, gdzie Władziowe plecy kończą swą szlachetną nazwę.
Czegokolwiek by się o książce nie napisało, zawsze będzie to zbyt miałkie. Żadna najzręczniejsza recenzja nie odda bowiem bogactwa charakterów, występujących na kartach tej powieści oraz napięcia i ciągu wzruszeń, jakie towarzyszą lekturze. Władka, jego żonę Jadwinię, Jakuba Świnkę po prostu się kocha i żadna znajomość historii nie zniweluje tego, że przy lekturze można się nerwowo wykończyć lub nawet uronić łezkę. Przezabawne małżeńskie dialogi „państwa Łokietków”, rozmowy żądnych sensacji klarysek czy opisy rozbrajającego kontaktu Władzia i jego klaczki Rulki przeplatają się z momentami, gdy trudno powstrzymać łzy wzruszenia. Chwilę, gdy popędliwy i kierujący się emocjami Władzio staje się Władysławem Łokietkiem zaliczyłam do najbardziej poruszających momentów, z jakimi na kartach książek zetknęłam się kiedykolwiek...
Po tej powieści ma się zupełnie inne podejście do historii. U mnie na plan pierwszy wybija się duma. Że te wspaniale bogate dzieje są naszymi dziejami, a ten tętniący barwami świat jest naszym światem. Nie zawsze są to barwy radosne, ale przecież nie jest sztuką kochać i szanować wyłącznie to, co piękne. Dobro docenimy dopiero wtedy, gdy będzie przeplatało się ze złem, mądrość zaś - z błędami.
„Niewidzialna korona” zapewnia nam całe bogactwo odczuć: gniew, rozżalenie, niedowierzanie, radość, dumę. Z historią przeplata się baśniowość. Znów mamy wątki Ludzi Starej Krwi, elementy pradawnych wierzeń i świat doskonały w swej szczegółowości.

Już tęsknię za kolejnym tomem i mam wrażenie, że znowu, tak jak w zeszłym roku po „Koronie śniegu i krwi”, bardzo trudno mi będzie zachwycić się innym tekstem.

15 komentarzy :

  1. Ciekawe, w jaki sposób autorka zakończy niektóre wątki w ostatnim tomie tejże trylogii. ;))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja mam ogromną nadzieję, że to nie będzie trylogia, tylko dłuższy cykl. :) Może pani Cherezińska zmieni zdanie i nam rzecz całą wydłuży? Wszak historia toczy się po dziś dzień!

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo, bardzo byłabym ciekawa Twojej opinii na temat książek, o których wspominałam rok temu w komentarzu pod "Koroną...". Bo skoro ten cykl wywołuje w Tobie tak głęboki, żywy zachwyt, to co powiedziałabyś o tamtych...?
    Jestem tak ciekawa Twojej opinii, że aż mogę Ci je... wypożyczyć!
    I jeszcze jedna moja refleksja: czy rzeczywiście dzieje rozbicia dzielnicowego mogą być źródłem dumy narodowej? Rozszarpywanie kraju na wciąż mniejsze i mniejsze księstewka, bratobójcze kłótnie i walki "zagonowych książątek", toczące się ku uciesze i korzyści sąsiadów? Jako żywo przypomina mi to dzisiejszą sytuację, gdy polityczne książątka roją sobie sny o potędze, ktoś pociąga za polskie sznurki, a sekretni ludzie miast sztyletem posługują się aparaturą podsłuchową...
    Eunice

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Eunice, zaraz zajrzę do tego postu sprzed roku. Zwykle mam taki stosik lektur zaplanowany, że o wielu ciekawostkach zapominam.
    Wiesz, mi nie chodzi o to, że powinniśmy być dumni z rozbicia jako takiego. Nie, nie. Raczej z faktu, że ktoś nareszcie w tak wzruszający sposób opisał bogactwo naszych dziejów. Czy historia Anglii, wojna Dwóch Róż, okres henrykowski, gdy leciały głowy, czy dzieje Krwawej Marii, gdy płonęły stosy, to powód do dumy? Nie sądzę. A jednak Anglia ma swoją Philippę Gregory czy Hilary Mantel, które tak opisują rzecz całą, że człowiek tchu złapać nie może.
    Fakt zamordowania Tomasza Becketta też nie jest szczególnie chlubny, a przecież "Filary ziemi" są doskonałe. Hiszpania też nie ma historii wyłącznie lśniącej szlachetnością, a jednak człowiek lgnie do autorów typu Ildefonso Falcones. Trudno polubić Katarzynę Medycejską, a jednak Gortner zrobił z niej bohaterkę, z którą trudno się rozstać.
    I o to mi właśnie chodzi, że my, Polacy, mamy tętniące rozmaitymi namiętnościami dzieje, a nikt dotąd się tym nie interesował. Nikt nie pomyślał, by opisać jakąkolwiek koronację tak, że czytelnik ma mrówy wędrujące po kręgosłupie, albo łza mu się w oku kręci.
    Ludzie popełniają błędy, jak świat światem. Ale Cherezińska sprawia, że jesteśmy dumni ze sposobów ich naprawiania.

    Pozdrawiam najserdeczniej.
    Ania.

    OdpowiedzUsuń
  6. Usunęłam poprzedni komentarz, bo się wkradły literówki, a nie ma możliwości edytowania. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Już dotarłam do tego, co polecasz i wpisuję na listę. Być może któraś z tych książek jest w naszej szkolnej bibliotece, a jeśli nie, będę miała pretekst, by się wreszcie zapisać do Śląskiej ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Aniu,
    przecież napisałam, że gotowa jestem Ci te książki pożyczyć, bo stoją w mojej witrynce! A że mieszkam w Panewnikach... ;)
    Eunice, czyli Magda

    OdpowiedzUsuń
  9. Sąsiadko!! :)
    W takim razie musimy umówić się na kawę. Książki chętnie pożyczę. Miałam wizję jakiejś wymiany drogą pocztową, jak na przykład na biblionetce. W jaki sposób mogłabym się z Tobą skontaktować?

    OdpowiedzUsuń
  10. W moim profilu jest podany adres mailowy. Dla wygody napiszę tutaj: anna-sz@o2.pl
    Gdybyś była uprzejma podać mi własny, mogłybyśmy się konkretniej umówić.

    OdpowiedzUsuń
  11. Po takiej recenzji, aż chce się iść do księgarni kupić książkę i czytać, czytać, czytać... :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Słyszałam już niejedną pozytywną opinię na temat tej książki. Niestety jeszcze nie czytałam "Korony śniegu i krwi", więc sięgnę najpierw po nią...

    OdpowiedzUsuń
  13. No to prędziutko, prędziuteńko!! Buciki w biegu zakładać i w drogę. :)
    Ja swoją "Niewidzialną..." ściągałam na czytnik w środku nocy. Jak Eunice napisała, że już jest, to w niektórych księgarniach realnie jeszcze nie było. Polowałam zatem przed monitorem komputera i teraz mam chęć dokupić sobie jeszcze wydanie papierowe. Tyle, że miejsca brak... Oj, jak bardzo brak...

    OdpowiedzUsuń
  14. A ja do pani Cherezińskiej mam żal o to, że pisze powieści o czasach tak dawnych językiem na wskroś współczesnym. Bardzo mi to psuje odbiór treści. O ile w "Koronie śniegu i krwi" jeszcze jakoś to znosiłam, to już w "Niewidzialnej koronie" było bardzo drażniące. Nie każdy piszący o historii jest Gołubiewem i nie chodzi mi o to, że każdy ma używać języka staropolskiego, ale jestem pewna, że w czasach łokietkowych nikt nie znał sformułowania "wyglądać zjawiskowo" lub "mentalność sługi". Może się czepiam, ale dla mnie ten nowoczesny język w takiej opowieści jest nie do przyjęcia. Nie ujmuję autorce wielkiej i podziwu godnej wiedzy historycznej, chylę czoła przed wykonaną robotą nad źródłami historycznymi, ale język - jak dla mnie - kładzie tą powieść. A ponieważ mam wrażenie, że autorka w drugim tomie pozwala sobie na więcej w tej kwestii, niż w pierwszym zastanawiam się, czy czytać trzeci... No,chyba, że głód historii zwycięży...
    Pozdrawiam, Ola

    OdpowiedzUsuń
  15. Mnie to nie przeszkadza. Uważam, że dzięki temu po książkę sięgają ludzie, którzy z historią bywają na bakier. Jestem w stanie wybaczyć bardzo wiele, jeśli ktoś nareszcie przedstawia nas, Polaków, w pozytywnych, ciepłych barwach.
    Pozdrawiam również!

    OdpowiedzUsuń