poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Moje wielkie czytelnicze wakacje, cz. III - BRETANIA.

Piękne, nadmorskie krajobrazy, lekkość języka, malownicze miasteczko i wielkie malarstwo w tle czynią ze "Śmierci w Pont-Aven" prawdziwy kryminał "z duszą". Czytając go wciąż miałam wrażenie, że akcja rozgrywa się za czasów Herkulesa Poirot czy panny Marple i dopiero wzmianki o zainstalowaniu klimatyzacji czy sięganiu po telefon komórkowy przypominały mi o osadzeniu rzeczy całej w realiach jednak nieco nam bliższych.
Wydawało mi się również, że autor "Śmierci w Pont-Aven" bardzo chciałby wrócić do konwencji kryminału, który niemal wyzbyty jest mroku, zmusza do myślenia, ale nie przeraża, a jego świat przesycony zostaje pewną elegancją. Tłem wydarzeń są tutaj pulsujące życiem, barwne miejsca, w których obracali się najwięksi artyści XIX wieku. Piękne restauracje, malownicze plaże i porty skąpane są w słońcu, w powietrzu zaś unoszą się zapachy morskiej bryzy i oryginalnych potraw. Bretończyków sportretowano z humorem, a intrygę, która nie przytłacza, lecz coraz bardziej ciekawi, osnuto wokół znanego obrazu Paula Gaugin.


Główny bohater, detektyw Dupin, sam o sobie mówi, że "brakowało mu kilku przywar niemal standardowych w jego zawodzie: nie był uzależniony od narkotyków ani nawet od alkoholu, nie był skorumpowany, nie miał neuroz, depresji, kryminalnej przeszłości ani nawet wielu dramatycznie nieudanych małżeństw na koncie. Nic tego."
Ponadto, Dupine ma nienaganne maniery przedwojennego dżentelmena i zdolność wchłaniania hektolitrów kawy. Uwielbia też dobrą kuchnię, w czym mocno przypomina komisarza Montalbano.
Nie jestem osobą, która pragnie podróżować za wszelką cenę, ale przyznam szczerze, że w trakcie lektury "Śmierci w Pont-Aven" potężnie i zachłannie zatęskniłam za wakacjami z prawdziwego zdarzenia.
Jeśli więc macie kilka wolnych godzin, które możecie poświęcić bardzo zgrabnej intrydze, malarstwu i pięknej Bretanii - zachęcam do tego właśnie tekstu. Nic wielkiego, ale czyta się po prostu dobrze :)


Zasugeruję tylko, by zaopatrzyć się w dobre jedzonko, rozmaite przekąski, mięska i ryby, bo bez tego czytać nie sposób. Mnie szalenie zirytował fakt, że późnego, niedzielnego wieczoru bardzo trudno jest zdobyć świeży antrykot. O błyskawicznym upieczeniu go nawet nie wspominając... Miałam też ochotę udać się w nieznanym kierunku w celu poszukania muszli świętego Jakuba... ;) ;)

5 komentarzy :

  1. Książka już czeka na mojej półce - ależ się cieszę ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję, że się spodoba. Zakończenie optymistyczne, a wszystko pachnie dobrym jedzeniem. Z serca radzę - przygotuj sobie prowiant.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jako wielką fankę kryminałów, nie trzeba mnie długo namawiać, abym po jakiś sięgnęła. W dodatku, gdy książka nawiązuje do klasyki gatunku to już zupełnie przepadam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A ten jest naprawdę fajny, bo detektyw rzeczywiście, zgodnie z rygorami gatunku wpada na trop tylko dzięki sile własnej dedukcji. Komputerów czy telefonów używa się tutaj tylko do SPRAWDZENIA pewnych podejrzeń, a nie traktuje się zdobycz techniki jako drogi do celu, co zawsze mnie bardzo irytuje.
    Miodzio. Będę śledzić poczynania autora.

    OdpowiedzUsuń