wtorek, 9 września 2014

"Spotkamy się pod drzewem ombu" - bo czasem warto poczytać o miłości.

O powieści Santy Montefiore słyszałam wiele dobrego. Nie jest ona żadną nowością, lecz tekstem znanym polskim czytelnikom od kilkunastu lat. Przypomniałam sobie o niej parę tygodni temu, ale ponieważ tkwiłam w niewoli u "Królów przeklętych", znów postanowiłam zostawić ją sobie na bliżej nieokreślone "potem". Fragmenty czy streszczenia wskazywały, że ta argentyńska saga podejmuje nieszczególnie skomplikowany temat, uznałam zatem, że zajrzę do niej u schyłku lata. Wtedy to bowiem trzeba całkowicie zmienić rozkład dnia, zająć myśli bardziej przyziemnymi, zawodowymi sprawami i najrozsądniej jest sięgać po teksty, które można w dowolnym czasie przerwać, bez obaw, że ulecą nam z pamięci istotne szczegóły. Szczypta słońca, egzotyki i zapachu eukaliptusów daje również miłe wytchnienie.


"Spotkamy się pod drzewem ombu" nie jest powieścią odkrywczą, bohaterowie nie są wielkimi indywidualnościami, nie ewoluują, nie zmieniają się. Pozostają prości, cokolwiek szablonowi, idealizowani nawet w momentach, gdy na pierwszy rzut oka zachowują się antypatycznie. A jednak ich losy śledzi się z prawdziwym zaciekawieniem, chłonąc również szczegóły doskonałego, egzotycznego, wręcz baśniowego świata, w jakim przyszło im żyć i mierzyć się z osobistymi dramatami.
Tło dla tych dramatów wykreowane zostało jako niemal idealne. Wszystko jest tutaj wydelikacone, barwne i piękne: wygląd zewnętrzny postaci, relacje rodzinne, zapierająca dech przyroda. Ludzie pełni są miłości i poświęcenia, potrafią piąć się na wyżyny niebywałej szlachetności i honoru, poddają się wyrzeczeniom, wybaczają, kochają bez granic, stanowią nierozerwalną jedność i wydaje się, że nic nie jest w stanie tak naprawdę ich złamać.
Mimo tego wszechobecnego idealizmu oraz kilku innych, niezaprzeczalnych wad powieści (spłycenia charakterów, braku prawdopodobieństwa pewnych zachowań czy rozwiązań) śledziłam dzieje rodziny Solanas prawdziwie nimi pochłonięta.
Santa Montefiore podejmuje bowiem dość częsty, ale jednak poruszający temat: przedstawia historię ludzi, którzy pod wieloma względami niezmiernie do siebie pasują, kochają się, uzupełniają, rozumieją, tworzą jedność, a mimo to - na skutek przypadku, niedopowiedzenia, czy chwilowego kierowania się emocjami - rozmijają się, rozstają, znikają na wiele lat, bez szans na wzajemne odnalezienie i wspólne życie. Nie potrzeba do tego konfliktu. Wystarczy zagubiony list, nieodebrany telefon, spóźnienie na spotkanie czy wreszcie - błąd lub małostkowość osoby trzeciej.
I taki właśnie los stanie się udziałem kuzynostwa, Sofii i Santiago, wychowujących się wspólnie w przepięknym argentyńskim majątku Santa Catalina, gdzie życie nastolatka biegnie absolutnie bezproblemowo, w otoczeniu zapierających dech krajobrazów, naznaczone dobrobytem wszelkiego rodzaju.
Kochające, troskliwe, ale jednak bardzo zasadnicze rodziny dwojga młodych nie będą w stanie zaakceptować ich związku. Sofia zostanie wysłana do Europy, jej bliscy przygotują się na wiele trudnych momentów, ale nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że czyjeś niskie pobudki spowodują nieodwracalną tragedię. Chwilowa zła wola, pewna źle przeprowadzona rozmowa i wreszcie osobisty upór zaważą na całym życiu sporej grupy osób. Spowodują też, że przez niemal ćwierć wieku najistotniejsze więzi pozostaną zerwane, a niektórzy członkowie rodzin - nieodwołalnie skrzywdzeni lub pozbawieni szans na prawdziwą miłość i bliskość małżeńską.
Jednak "Spotkamy się..." to nie tylko opowieść o zakazanym uczuciu, ale przede wszystkim o relacjach rodzinnych, wybaczaniu, zapominaniu i dokonywaniu wyborów. To piękna, w gruncie rzeczy, historia o zapuszczaniu korzeni, patriotyzmie i przynależności. O miłości do własnego kraju, tęsknocie i powrotach. O odnajdywaniu własnego "ja" na ziemi, którą się kocha ponad wszystko.
Moja ocena: 4/6

3 komentarze :

  1. Myślę, że taka spokojna książka idealnie sprawdzi się na jesienny wieczór :) Nie jest to do końca książka, na którą rzuciłabym się bez zastanowienia, ale czuję się nią zaintrygowana :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeżeli nie nastawisz się na wielką literaturę, ale na klimatyczne, dość smutne, ale bardzo wciągające czytadło - to na pewno Ci się spodoba. Moim zdaniem tej powieści trzeba parę rzeczy wybaczyć, a wówczas stanie się idealna właśnie na długi, jesienny wieczór.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatnio polecano mi książki tej autorki. Chyba się skuszę...

    OdpowiedzUsuń