piątek, 26 września 2014

Zaszeleściło jesiennie - "Człowiek z wyspy Lewis".

Książki, których akcja rozgrywa się na wyspach, najlepiej północnych, wietrznych, o surowym klimacie zawsze fascynowały mnie w sposób szczególny. Śledząc losy wyspiarzy zwykle mam wrażenie, że ich problemy zostają w pewien sposób zagęszczone, przedstawione jako bardziej mroczne i głębsze, w porównaniu z podobnymi, zaistniałymi na stałym lądzie. Człowiek z wysp, niezależnie od ogromu danej tragedii, musi dodatkowo walczyć z bezwzględną naturą, skazany jedynie na własne siły, zupełnie tak, jakby otaczające go wody ograniczały nadzieję. Zmienia się hierarchia wartości, uczuć, priorytetów. Serca twardnieją, zanika współczucie, liczy się jedno – przetrwać tu i teraz. Wrócić bezpiecznie z połowu, przeżyć bez światła i bez toalety, nie zapomnieć pojechać do portu, gdzie czeka jakiś przypadkowo wybrany i przysłany z sierocińca dzieciak, który ma się stać domowym popychadłem.
Pierwsza część trylogii Petera Maya – "Czarny dom" – była świetna. Druga jest jeszcze lepsza. Obydwie powieści rozpoczynają się niczym typowy kryminał: na wyspie, w bardzo hermetycznym, konserwatywnym środowisku zostaje popełnione morderstwo. Zabójcą jest ktoś spośród mieszkańców osady, ale jego poszukiwanie nie jest, jak w przypadku innych tego typu tekstów, sprawą najważniejszą. Morderstwa popełniane na wyspie Lewis stają się pretekstem do snucia mrocznych, niezmiernie interesujących gawęd na temat ludzkich wyborów, tragedii, wspomnień. Nic nie jest proste, nic oczywiste czy jednoznaczne. Twardzi jak stal mieszkańcy przywykli milczeć, dlatego wydobywanie na światło dzienne ich głęboko skrywanych tajemnic to olbrzymie wyzwanie. Czytelnik śledzi skomplikowane losy wyspiarskich rodzin, odkrywa wypełnioną dramatami przeszłość i to przykuwa go do powieści o wiele bardziej niż jakiekolwiek morderstwo.
W "Człowieku z wyspy Lewis" odnalezione zostają zwłoki mężczyzny, które - idealnie zachowane - przeleżały w torfie ponad 50 lat. Jedyną zaś osobą związaną z zamordowanym jest stary człowiek z bardzo głęboką demencją. Jednocześnie na wyspę przybywa, znany z części pierwszej, były już policjant – Fin. Dotknięty osobistą tragedią, zmagający się ze wspomnieniem śmierci dziecka, postanawia odnowić dom rodziców i otoczyć dyskretną opieką swego pozamałżeńskiego syna i jego matkę. Marsaili jest pierwszą, niegdyś porzuconą, miłością Fina, zaś ów stary człowiek, tajemniczo powiązany z odnalezioną w torfie ofiarą, to jej ojciec.
Fin czuje się w szczególny sposób zobligowany do niesienia pomocy tej rodzinie, zwłaszcza, gdy okazuje się, że nad chorym Tormodem wisi perspektywa oskarżenia o zabójstwo.
Rozpoczyna się skomplikowana, bardzo poruszająca podróż przez mgliste, z pozoru całkowicie nieskładne, tajemnicze i przygnębiające wspomnienia ogarniętego demencją człowieka. Szybko domyślamy się, kto jest mordercą, ale kwestia ta schodzi niejako na drugi plan. Obserwujemy bowiem tragiczne losy edynburskich sierot, wychowujących się w dość upiornym sierocińcu; jesteśmy świadkami skandalicznie organizowanych adopcji; towarzyszymy mieszkańcom Hebrydów w ich codziennym, niezwykle trudnym życiu.
Odnalezienie miłości, przyjaźni, ciepła na wyspach jest trudne, ale nie niemożliwe. W największym trudzie, wśród wichru, burz i lodowatych skał można by godnie żyć, gdyby nie pierwotne zło, okrucieństwo i dzika chęć zemsty, głęboko zakorzeniona w niektórych ludziach. Nie natura, nie ciężka praca, religia czy system w fatalny sposób kształtują byt człowieka. Jego najgorszym wrogiem jest drugi człowiek, prymitywny i nieokiełznany, bo nie potrafiący zdystansować się do wspomnień.

Moja ocena: 5/6

2 komentarze :

  1. Nie słyszałam do tej pory o tym autorze...

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie swego czasu przyciągnęła okładka "Czarnego domu" ;) Przeczytałam jako e-book, wciągnęłam się potężnie (choć recenzji z jakiegoś powodu nie zamieściłam) i z niecierpliwością wielką wyglądałam części II, która ukazała się chyba w kwietniu. Nabyłam natychmiast, ale z różnych powodów przeczytałam dopiero teraz. O ile "Czarny dom" był świetny, o tyle "Człowiek..." jest jeszcze lepszy. Polecam bardzo gorąco!

    OdpowiedzUsuń