środa, 8 października 2014

"Scotland Yard"

Lata 80-te XIX wieku. W siedzibie Scotland Yardu panuje chaos i przygnębienie. Kuba Rozpruwacz wciąż jest na wolności, a nieszanowani i poniżani przez społeczeństwo policjanci stają się przedmiotem jeszcze większych drwin i jawnej pogardy. Gdzieś w londyńskiej mgle skrył się morderca mężczyzn, który goli swe ofiary i brzytwą podcina im gardła. W porzuconych kufrach odnajduje się ciała policjantów, z zaszytymi ustami i powiekami. Po ulicach snuje się czarny, upiorny powóz, z którego ktoś wyrzuca narzędzia zbrodni w postaci olbrzymich nożyc. W zakratowanym, ciemnym pokoju przebywa maltretowane, wychudzone dziecko, a pewien włóczęga i włamywacz znajduje w przewodzie kominkowym uduszonego małego kominiarczyka...
Na biurkach Scotland Yardu piętrzą się nierozwiązane sprawy. Wiele z nich – w tym zaginięcia i morderstwa dzieci – uznaje się za kompletnie nieistotne, bowiem zdarzają się zbyt często. Są typowe, codzienne. Nie ma żadnego punktu zaczepienia, który jednocześnie byłby punktem wspólnym dla tej otulonej mgłą makabry. Młody, nowy śledczy czuje się zagubiony i skrajnie wyczerpany. Jeden z niższych rangą policjantów zaczyna się buntować i skupia na szukaniu mordercy dzieci. Stary lekarz odkrywa, jakie znaczenie mogłyby mieć dla śledztwa odciski palców, ale partner głównego śledczego kpi sobie z niego i obraca rzecz całą w kiepski żart. Być może najwięcej o morderstwach miałby do powiedzenia obłąkany tancerz, ale jego również nikt nie chce słuchać.

"Scotland Yard" to kryminał bardzo nietypowy. Określiłabym go raczej mianem całkiem niezłej powieści obyczajowej, realistycznej i panoramicznej. Zamiast metodycznego docierania do prawdy mamy obraz bezsilności policjantów, prymitywne metody śledztwa, chaos, błądzenie, przypadkowość i – świetnie nakreślone problemy społeczne. To właśnie społeczeństwo Londynu jest bohaterem tej powieści: policja, bezdomni, dzieci. Maluchy porywane są od bezsilnych, ubogich i lekceważonych rodziców, wykorzystywane do pracy, maltretowane przez psychopatów. Mamy tu ludzi bogatych i ustosunkowanych, którym policja musi się podporządkować, mamy cenionych (!) śledczych, których rodziny przymierają głodem. Odwiedzamy makabryczne przytułki dla bezdomnych i obłąkanych. Widzimy totalne lekceważenie osób, które pod rozmaitym względem pozostają słabsze.
Powieść Greciana to niezmiernie ciekawy obraz życia wielkiego, XIX-wiecznego miasta, nad którym usiłuje sprawować opiekę całkowicie bezradna policja. To tekst interesujący zwłaszcza dla osób lubiących cykle o dzielnych, silnych Harrych Hole, czy innych Wallanderach - postaciach, którym nikt nie podskoczy, które mają u boku rewelacyjnych techników, lekarzy, komputery i prędzej czy później zawsze stawiają na swoim.
Ich angielscy koledzy z XIX wieku mogli liczyć jedynie na czysty przypadek lub dobrą wolę napotkanych osób. Dowody zbrodni zawijało się w brudną chustkę i chowało do kieszeni. Odciski palców były fanaberią i absurdem, sprawy o morderstwo czy porwania dzieci od razu odkładano do lamusa, sponiewierane zwłoki - zamiast trafiać na lśniący czystością stół patologa - poniewierały się po zdezelowanych szopach. O higienie i zabezpieczaniu dowodów można było marzyć ("Kto będzie to zbierał? Nie ma miejsca!"), a sekcje zwłok zależały jedynie od szlachetności lekarza, który ewentualnie zechciał je robić. Za darmo.
Powieść czyta się bardzo szybko, choć nie należy spodziewać się tutaj metodycznych śledztw, zapierających dech odkryć i zwrotów akcji. Nie ma tu wielce konstruktywnych wniosków i niemal eleganckiego dochodzenia do prawdy, jak u Agaty Christie czy Conan Doyle'a. Nie ma bohaterów na miarę Wallandera. W mglistym blasku londyńskich latarni rozgrywają się dramaty, o których rozwiązaniu zadecyduje przypadek. Nagromadzenie spraw może irytować. Czytelnik ma wrażenie, że do lektury wkradł się chaos, który męczy, a obfitująca w problemy akcja nie posuwa się do przodu. Znamy winnych, a miotająca się policja – nie. I to dodatkowo denerwuje. W pewnym jednak momencie zdajemy sobie sprawę, że właśnie na oddaniu tego bałaganu polega kunszt autora. Taki bałagan był, istniał i kładł się cieniem na życiu wielu ludzi. A my mamy okazję odczuć go niejako na własnej, czytelniczej skórze.

Moja ocena: 5/6

3 komentarze :

  1. Cudowna okładka, cudowna fabuła i cudowne czasy, w których dzieje się akcja... i to jeszcze kryminał! Muszę przeczytać :)

    http://pasion-libros.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Kryminał i do tego XIX wiek to dla mnie połączenie idealne :) Przeczytam na pewno, bo zdecydowanie książka dla mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Słyszałam już sporo o tej pozycji. Jedni ją chwalą, inni ganią. Aż ciekawa jestem jak ja bym ją odebrała. Rozejrzę się za nią...

    OdpowiedzUsuń