niedziela, 16 listopada 2014

"Poczucie kresu" - kolejna doskonałość...

A było tak pięknie... Powolutku przymierzałam się do rankingu "Książka Roku 2014". Pierwsze miejsce typowałam z niejakim trudem – dwie kobiety, dwie książki o Polsce, dwie historyczne. Jedna ma swą recenzję na blogu, druga – wyryta w pamięci - nie doczekała się wzmianki, bo jak kiedyś wspominałam, niezmiernie ciężko pisze się o książkach doskonałych. Pierwsze miejsce miałam zatem podwójnie obstawione, dalej powinny pojawić się powieści z Dalekiego Wschodu, które w tym roku urzekły mnie szczególnie, kolejne miejsca znów miała zająć europejska historia, dla literatury faktu zaś zaplanowałam osobny ranking.
I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, mój misterny plan został zburzony przez książkę na pierwszy rzut oka dość niepozorną, odznaczającą się właściwie jednym wątkiem i niemal całkowitym brakiem akcji. "Poczucie kresu" Juliana Barnesa wstrząsnęło mną tej jesieni jak żadna inna powieść od kilku miesięcy.
Rozpoczęłam ją w sobotni wieczór i – co mi się od dawna nie zdarzyło – czytałam "na wdechu" do ostatniego zdania.
Tekst bowiem jest świetny, a ja po raz nie wiem który przekonuję się, że jury przyznające Booker Prize czyta mi w myślach, duszy i sercu z takim zrozumieniem, że zabrałam się za kompletowanie wszystkich książek nagradzanych i nominowanych, jakie pojawiły się na polskim rynku. Barnes otrzymał tę nagrodę w 2011 roku.

"Poczucie kresu" to absolutnie genialna w swej trafności i odkrywczości rzecz o ludzkiej pamięci. O tym, jak bardzo potrafimy przeinaczyć nasze wspomnienia, jak mocno sami wpływamy na ich kształt, jak dopasowujemy je do własnych pragnień, jak dodajemy to, co nam się podoba, odejmując elementy wstydliwe i wreszcie – do jakiej destrukcji może to prowadzić.
Spotykamy tu bowiem mężczyznę (narratora), który – pozostając w jesieni życia – roztacza przed nami wspomnienia swego pierwszego, wielce nieudanego i niosącego mnóstwo upokorzeń związku oraz obraz zgoła idealnej przyjaźni. Gdy na temat głównych bohaterów mamy już skończone, wyrobione zdanie, narrator wyznaje, że oto otrzymał przedziwny spadek. Otrzymał w teorii, w praktyce bowiem ktoś mu ową spuściznę przetrzymuje. Z różnych powodów prawo nie może skutecznie tutaj zadziałać i mężczyzna musi wspiąć się na wyżyny językowego sprytu oraz dyplomacji, by odzyskać to, co mu się prawnie należy.
Prawnie tak, ale czy prawo ludzkie jest aby na pewno zgodne z prawem moralnym? Dlaczego spadek jest przetrzymywany? Co oznacza przedziwny list przesłany w oderwaniu od właściwej "masy spadkowej" i co ma z tym wszystkim wspólnego grupa opóźnionych umysłowo ludzi? Chcąc odpowiedzieć na te pytania, bohater musi sam przed sobą odkryć prawdziwą (!!) naturę swoich wspomnień, prawdziwy ich kształt, prawdziwy charakter i znaczenie - bez upiększania, bez usprawiedliwiania się.
Raz jeszcze zatem odbywamy wraz z nim wędrówkę w przeszłość, ale tym razem jest ona o wiele bardziej przykra i diametralnie inna... Nie jesteśmy pewni niczego, bowiem prawdziwy kształt na nowo odkrytych wspomnień okazuje się brutalny i niszczący.
Powieść miażdży swoją trafnością i bezkompromisowością. Tak, wiecznie szukamy dla siebie usprawiedliwień. Tak, przeinaczamy wspomnienia. Tak, dodajemy do nich bardzo wiele, ujmujemy, co nam w nich przeszkadza i całkowicie przeinaczamy przeszłość.
Jak to się ma do poznawania historii? Czy można żyć z przebudowaną, nieprawdziwą przeszłością, pozostając w zgodzie z sobą i światem? Czy można być uczciwym, gdy w wyobraźni wykreowało się przeszłość zupełnie niezgodną z faktami? Co zrobić, gdy prawda oprze się sile naszych umysłowych manipulacji i pewnego dnia zapuka do drzwi – odpychająca i wstydliwa?
... Szukajcie odpowiedzi w "Poczuciu kresu". Zachęcam i polecam całym sercem.

Moja ocena: 6/6

0 komentarze :

Prześlij komentarz