niedziela, 21 grudnia 2014

"Dyrygent" - o pasji, która nie zna granic.

"Mięsem zmarłych żywiono tych, którzy wciąż żyli. Do tego posunęli się niektórzy leningradczycy, żeby utrzymać się przy życiu. Patrząc na tę jatkę, Eliasberg wpadł w rozpacz. Ukrył twarz w dłoniach. Jaki jest pożytek ze sztuki w obliczu czegoś takiego? Czy muzyka Szostakowicza jest jedynie piękną maską, pod którą kryje się okrucieństwo natury ludzkiej?
Ten widok niezbyt inspiruje człowieka do grania dla Leningradu, prawda? - Nikołaj przemówił ponuro, jakby wyraźnie widział rozdarte serce Eliasberga. - Ale cóż innego możemy zrobić?"



Drugorzędny, niedoceniany, krytykowany za swą bezwzględność i brak ogłady, dyrygent - Karl Ilijcz Eliasberg - staje w oblężonym Leningradzie przed orkiestrą złożoną ze śmiertelnie wygłodzonych, przypadkowo dobranych i skrajnie wycieńczonych ludzi, którzy bardziej przypominają gromadę żywych trupów niż myślących i zdolnych do jakiegokolwiek działania muzyków. I choć członkowie owej orkiestry umierają z zimna i głodu, mdleją na próbach i nie są w stanie unieść instrumentu – Eliasberg mobilizuje ich do wykonania VII Symfonii Szostakowicza, odbieranej jako wielki symbol walczącego miasta, transmitowanej na cały świat, ku pokrzepieniu serc ginących leningradczyków i walczących żołnierzy.

Zanim to jednak nastąpi towarzyszymy mu podczas snucia wspomnień o ponurym dzieciństwie, obserwujemy jego chorobliwą nieśmiałość, wycofanie i przytłaczającą samotność. Widzimy go zestawionego z genialnym dyrygentem Mrawińskim, wyśmiewanego przez orkiestrę, przełożonych, wreszcie – lekceważonego przez jego największy autorytet: Dimitrija Szostakowicza. Mamy możliwość zżycia się z nim. Poznajemy jego głęboko skrywane marzenia i lęki, idące w parze z niebywałą konsekwencją, żelazną stanowczością, niekiedy wręcz okrucieństwem. I gdy przyjdzie Eliasbergowi dyrygować wykonaniem Symfonii Leningradzkiej – będziemy mu całym sercem życzyć powodzenia.
Tymczasem jego muzycy, dysponujący zdezelowanymi instrumentami, będą umierać, spóźniać się na próby z powodu pogrzebów najukochańszych osób, zaś Szostakowicz - krytyczny, nieznający słowa "niemożliwe" - czekał będzie na cud i genialne wykonanie jego dzieła.
Dzięki "Dyrygentowi" staniemy się nie tylko świadkami makabry, mordów i nieopisanych dramatów oblężonego Leningradu. Wkroczymy również do świata wielkich, leningradzkich muzyków. Przyjrzymy się romansom Szostakowicza, jego skomplikowanym relacjom małżeńskim i niemal nadnaturalnym przejawom muzycznego geniuszu. Poznamy również najdoskonalszego leningradzkiego skrzypka, Nikołaja Nikołajewicza, ogarniętego rozpaczą po śmierci żony i podejmującego bardzo trudne decyzje odnośnie córki.
"Dyrygent" to powieść o pasji, która jest najwyższym priorytetem. Sprawą tak ważną, że wyzwala w ludziach bezwzględność i okrucieństwo. To również rzecz o dramatycznych, niekiedy skandalicznych wyborach, ambicji, którą można podziwiać lub potępiać, wreszcie o sile sztuki, która tańczy ze śmiercią i niesie tym samym prawdziwą nadzieję.

___________________

Osobom, które będą chciały sięgnąć po "Dyrygenta" dam pewną radę - przed zakończeniem lektury nie czytajcie życiorysu Eliasberga. Ja przeczytałam, w przerwie między rozdziałami, i było mi bardzo przykro...

2 komentarze :

  1. Aniu, bardzo pięknie napisałaś o tej książce, nie mogłam się oderwać. Ale ostatecznie nie wiem - jak ona jest napisana? Warto po nią sięgnąć? Trzeba czy tylko można?

    OdpowiedzUsuń
  2. Aniu, nie wiem, czy trzeba, czy można... Ja mam bzika na punkcie książek, omawiających totalitaryzm, zniewolenie. Dla mnie to lektury "muss sein", bo dzięki nim doceniam życie, doceniam to, co mam. I że się tak szumnie wyrażę - składam hołd. :) Inaczej już dziś nie mogę, jak tylko wspominając, czytając, doceniając.

    OdpowiedzUsuń