niedziela, 28 grudnia 2014

Zimowe czytanie - "Ktoś we mnie"

Czy może być coś przyjemniejszego niż miękko padający śnieg, światełka choinki, grzane wino z gloggiem i powieść wiernie oddająca to, co najlepsze w powieści gotyckiej? W dodatku dobrze napisana, na wysokim poziomie (nominowana do Booker Prize) i wspaniale budująca atmosferę nawiedzonego domu, szaleństwa, rozdwojenia jaźni... Heh, przypomniały mi się stare, dobre, studenckie czasy, gdy czytywało się takie teksty w zasypywanej śniegiem łódzkiej herbaciarni, przy kominku... Kochani, chwytajcie to cudeńko póki czas, póki względnie wolne dni, póki śnieg pada, a zima zaczyna roztaczać swe uroki.

"Ktoś we mnie" to powieść, która nie spodoba się miłośnikom wartkiej akcji. Trzeba ją czytać powoli, odkrywać po kawałku niesamowitą atmosferę upadającego dworu na angielskiej prowincji i docenić rozmaite subtelności w relacjach między, pełnymi wad i niedoskonałości, bohaterami. A jest owych bohaterów raptem czworo: pochodzący z ubogiej rodziny lekarz i trójka jego podopiecznych - wywodząca się z upadającej (i niepotrafiącej pogodzić się z owym upadkiem) arystokracji.
Przyznam, że do pewnego momentu powieść może znużyć i najprawdopodobniej z tej przyczyny nie zbiera ona zbyt entuzjastycznych recenzji. A szkoda, bo to tekst naprawdę elegancki, wymagający cierpliwości, wsłuchania się w treść i pewnego zatracenia.
Lubię angielską prowincję, uwielbiam powieści gotyckie, dlatego - całkowicie i bez reszty zauroczona - powolutku brnęłam sobie przez długie opisy niszczejącego domostwa i specyficznych zachowań wyrzuconych z siodła bogaczy. Z zaciekawieniem śledziłam też fragmenty poświęcone warstwie obyczajowej oraz stosunkom społecznym w powojennej Anglii i - nie oczekując żadnego pędu i wiru wydarzeń - mogłam w pełni delektować się atmosferą przywodzącą na myśl Roberta Stevensona, Poego, Dickensa.
Bo chociaż rzecz cała rozgrywa się w Anglii lat powojennych, klimat powieści pozwala nam całkowicie o tym zapomnieć. Zdziwaczała, zatracona we wspomnieniach pani makabrycznego, upadającego dworu przenosi nas w mglistą przeszłość, jej syn kojarzy się z doktorem Jeckyllem, zmagania lekarza przywodzą na myśl iście XIX-wieczne życiorysy robotniczych dzieci, a miejsce akcji - na wskroś mroczne, tętniące od skrywanych tajemnic - jest niczym odnaleziona wizytówka romantycznego gotycyzmu. Z czasem atmosfera coraz bardziej się zagęszcza, a my czujemy się coraz bardziej niepewnie i nieswojo. Zaczynamy szukać za plecami solidnego oparcia a zapoznawszy się z finałem - rozpaczliwie szukamy towarzystwa człeka lub zwierza.
Więcej Wam nie zdradzę. Zbadajcie sami, czy bohaterom przyjdzie zmagać się z duchami, czy z szaleństwem? Komu przeszłość nie pozwoli o sobie zapomnieć? Jakie tajemnice skrywają mroczne, pozamykane na wiele spustów pokoje, głuche i ciemne korytarze oraz - serca i dusze samych mieszkańców.
Świetna lektura na długi, zimowy wieczór, gdy oczekujemy od literatury stosunkowo niewiele - ot, zapewnienia nam odpoczynku i dreszczyku emocji.
Moja ocena: 5 / 6

4 komentarze :

  1. Fabuła jakby stworzona dla mnie... Uwielbiam takie książki, więc może się skuszę ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Polecam szczerze. Od któregoś momentu nie sposób się od tekstu oderwać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ilu czytelników, tyle opinii :) Może mam zbyt wielkie wymagania w stosunku do tego typu literatury, ale Walters mnie do swojej powieści nie przekonała.
    Owszem, jest dobrze napisana, wciąga, jednak przyglądając się jej bliżej zauważałam zbyt wiele niedoskonałości i rys. Przede wszystkim jest nierówna. Zapowiadała się jako thriller, a ostatecznie scen "z dreszczykiem" jest bardzo niewiele - gdy już się pojawią, zapowiadają się ciekawie, wciągają, czytelnik chce więcej, a one nagle się urywają i nie są kontynuowane. Napięcie spada i znów autorka ciągnie nas przez szereg nudnych scen obyczajowych. Wiele scen wydaje mi się niepotrzebnych, na siłę przeciągających akcję.
    Pod koniec książki, zamiast wzrastać, napięcie, nie wiedzieć czemu, spada. Rozwiązanie zagadki jest interesujące i opisane w oryginalny i ciekawy sposób, a mimo to w jakimś stopniu rozczarowuje.
    Myślę, że moje spojrzenie na tę książkę jest spowodowane wysokimi wymaganiami w stosunku do dreszczowców - ciężko zadowolić obsesyjną wielbicielkę "Doriana Greya"...

    OdpowiedzUsuń
  4. W gruncie rzeczy całkowicie się z Tobą zgadzam, ale ja lubię takie powolne opowieści. No dobrze, zależy które. Czasami rozwlekły opis obyczajowości, a z takim mamy tutaj do czynienia, rzeczywiście drażni. Ale akurat jeśli dotyczy Anglii, to mnie wciąga. Anglia, Włochy, Hiszpania, Skandynawia - opisy z tych rejonów mogę czytać godzinami. ;)

    OdpowiedzUsuń