sobota, 10 stycznia 2015

Moje pierwsze spotkanie z Kingiem - "Pan Mercedes".

Nie czytałam dotąd żadnej powieści Stephena Kinga. Dawałam mu wprawdzie szansę po obejrzeniu tak rewelacyjnych ekranizacji jego książek jak "Misery", "Zielona mila" czy "Skazani na Shawshank", ale efekt moich czytelniczych prób był mało porywający. Kilka stron kilometrowych, składniowych zawiłości, uplasowanych między wielką literą a kropką, rzucało mnie w objęcia Morfeusza gwałtownie i na długo.
Po pewnym czasie dałam sobie spokój. King nie musiał leczyć mnie z bezsenności, bo nigdy na nią nie cierpiałam.
Ostatnio jednak Ktoś, Kto poleca mi same znakomite książki, nie dość, że długo namawiał mnie na lekturę "Pana Mercedesa", to jeszcze dostarczył mi go i ułożył pod ręką tak kusząco, że musiałam tekst choćby przekartkować.
Kartkowanie zakończyło się trzema dniami i nocami szaleńczego, czytelniczego ciągu oraz potężnym wewnętrznym buntem odnośnie faktu, że żaden kodeks pracy nie przewiduje urlopu okolicznościowego dla ogarniętego gorączką czytacza.
"Pana Mercedesa" bowiem pochłania się doskonale. To nie czytanie, to pęd.

Streszczenie fabuły chyba nie jest potrzebne. Każdy, kto choć odrobinę orientuje się w nowościach wydawniczych mgliście wie, czego ona dotyczy. Oto pewnego dżdżystego, zimnego poranka, mężczyzna siedzący za kierownicą 12-cylidrowego mercedesa wjeżdża w tłum bezrobotnych, oczekujących na otwarcie targów pracy. Po roku od masakry nieuchwytny dla policji psychopata pisze list do emerytowanego detektywa, człowieka egzystującego bez większego celu, sensu i noszącego się z myślą o samobójstwie. Rozpoczyna się szalony wyścig z czasem, bo - jak łatwo się domyśleć - dewiant planuje mord na o wiele większą skalę. Zagrożonych będzie kilka tysięcy osób, w tym głównie starsze dzieci i młodzież, a detektywowi pomagał będzie między innymi ktoś, kogo morderczy plan mógłby dotknąć szczególnie mocno. W ogóle pomocnikami naszego bohatera staną się ludzie cokolwiek niezwykli. Grupka będzie niewielka, ale barwna i specyficzna. Wszyscy będą mocno balansować na granicy nie tylko prawa, ale też zdrowia fizycznego i psychicznego, a efekt ich działań sprawi, że czytelnik niemal otrze się o zawał ;)
Więcej zdradzić po prostu nie można.
A jednak w tej naprawdę świetnej lekturze brakowało mi gry z czytelnikiem, mylenia czytelnika, wyprowadzania go w pole i podejmowania z nim swoistego dialogu, co stało się domeną zwłaszcza autorów skandynawskich. Właśnie mija rok odkąd przeczytałam "Policję" Nesbo i dochodzę do wniosku, że żaden inny kryminał nie jest w stanie jej pobić. Ba, nie jest w stanie nawet musnąć poprzeczki, jaką Nesbo tą książką zawiesił. I choć wiem, że tych dwóch autorów nie powinno się porównywać z racji tego, że kreślą swoje fabuły w diametralnie innych realiach, to jednak porównuję wrażenia, jakie towarzyszyły mi po przeczytaniu ich tekstów. "Policja" utkwiła we mnie na mur, nie tyle z racji wydarzeń, których nawet zbyt dobrze nie pamiętam, ale z racji tego, co Nesbo ze mną zrobił i jak igrał z moją wyobraźnią. King mnie zaskoczył, ale nie aż tak. Nie aż tyle razy.
Nie ma też w "Panu Mercedesie" specyficznego klimatu, atmosfery, jaką niosą ze sobą thrillery i kryminały różnych części Europy. Z ogromnym zaangażowaniem śledziłam los bohaterów, ale brakowało mi pewnej tajemnicy, czegoś, co pozostawałoby nieodkryte, zawieszone. Brakowało elementów nienazwanych, niezdefiniowanych, które prowokują do myślenia i związane są nie tyle z wydarzeniami, co z umiejętnym nakreśleniem specyficznej atmosfery właśnie.
Pędzimy wzrokiem z akapitu na akapit, chwytając, łykając treść, by wiedzieć, co będzie dalej, ale... nie podelektujemy się ową treścią, a po zgaszeniu światła nie poczujemy miłego dreszczu niepewności.
A jednak King kusi i chociaż Ktoś zadbał ostatnio o to, bym miała co czytać ;) zamierzam sięgnąć za jakiś czas po thriller psychologiczny "Dolores Claiborne". Jeśli mnie czytelnicza intuicja nie myli, znajdę tu być może coś, czego w "Panu Mercedesie" troszkę mi zabrakło.
Moja ocena: 4,5 / 6

3 komentarze :

  1. Kurcze, a ja sie do Kinga przekonać nie potrafię. Czytałam 5 jego książek i żadna mnie do końca nie usatysfakcjonowała.

    OdpowiedzUsuń
  2. No widzisz, trzeba trafić na "swoją" najwidoczniej. ;) Ja też odrzuciłam kilka jego tekstów. No nie mogłam i kwita. "Pan Mercedes" jest inny zarówno jeśli chodzi o język, jak i o brak - jakże częstych u Kinga - elementów nadprzyrodzonych. Przyznam się po cichutku, że na filmie "Lśnienie" (tak opiewanym, tak docenianym) spałam jak dziecko, a po książkę nawet nie sięgnęłam. Odrzuciłam "Misery", choć film uwielbiam, podobnie było ze "Skazanymi..." czy "Zieloną milą".

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też nie lubię jego książek z elementami nadprzyrodzonymi, choć dobrze mi się czytało taką na przykład "Rękę mistrza"... Boję się książek strasznych, typu "Cujo" czy "Smętarz dla zwierzaków", a bać się nie lubię. Opowiadanie "Plama" ze zbioru "Szkieletowa załoga" odchorowałam. Natomiast hitem jest dla mnie "Historia Lisey", studium zaburzeń psychicznych i wielkiej miłości, takiej poza grób.
    Lubię poczytać Kinga. Jest dla mnie mistrzem w budowaniu klimatu i tworzeniu ludzkich charakterów.
    To pisałam ja, Ola :)

    OdpowiedzUsuń