piątek, 30 stycznia 2015

"Stary Ekspres Patagoński" - niezapomniana podróż przez obie Ameryki...

Przyznam szczerze, że zwykle nie czytuję książek podróżniczych. Może dlatego, że z różnych powodów nie mam raczej szans na dalekie podróżowanie, a chyba lepiej nie pielęgnować w sobie marzeń, które trudno jest zrealizować.
Po "Stary Ekspres Patagoński" sięgnęłam jednak z dwóch powodów: po pierwsze znów namówił mnie na jego lekturę Ktoś, kto poleca naprawdę dobre książki i za czyją sprawą przeczytałam całkiem sporo smakowitych tekstów, po drugie zaś dlatego, że swego czasu spotkałam się z pochlebnymi opiniami o autorze.
Wsiadłam zatem razem z Theroux pewnego zimowego wieczoru do pociągu w Bostonie i – przepadłam. Oddech wzięłam dopiero w Patagonii, przejechawszy, drogą lądową, całą środkową i południową Amerykę.

Lektura była przednia, a prawie tygodniowe zapalenie krtani sprawiło, że - ulokowana w domu - czytałam niemal ciągiem, sięgając po coś mniej wymagającego z rzadka i jedynie przy naprawdę kiepskim samopoczuciu, .
Nie chciałam bowiem niczego przeoczyć. Ani kawałka mijanego lądu, ani jednej napotkanej przez Theroux osoby. Bo to o ludziach właśnie autor pisze najciekawiej, kreśląc ich sylwetki, typy zachowań i osobowości w sposób dość twardy, zdystansowany, a przez to wnikliwy i bardzo prawdopodobny.
Theroux wydaje się być samotnikiem, osobą chłodną, bardzo niechętnie podróżującą w towarzystwie, a jednocześnie kimś, kto stale nawiązuje kontakty, prowokuje do rozmów i portretuje, analizuje, kreśli sytuacje proste, ale o niemałej głębi.
Jednocześnie nie boi się szorstkich sformułowań, konstruktywnej krytyki, nazywania rzeczy po imieniu, choćby nawet owo imię miało zabrzmieć brutalnie.
Wsiada do pociągu w Bostonie i – całkowicie odżegnując się od samolotów – postanawia dotrzeć na kraj Ameryki Południowej po to, by obserwować, badać, notować, chłonąć. Nawiązuje szereg kontaktów, odbywa mnóstwo rozmów, z których zdaje nam lapidarne, ale jakże trafne relacje, starając się – mimo wszystko – podróżować samotnie, by nic go nie rozpraszało.
Liczy się dla niego sama podróż. Ona jest celem, sednem. Samo przemieszczanie, obserwacja zmian, stopniowo zachodzących w otoczeniu i ludziach. Wszystko to, czego nie da się zobaczyć z okna samolotu. Theroux wysiada w miejscach nieznanych, nielubianych, niemogących poszczycić się żadnymi atrakcjami w powszechnym, turystycznym rozumieniu tego słowa. Niekiedy dociera do "jądra ciemności", innym razem zachwyca się czymś nieoczekiwanym, o czym nie wspominają przewodniki. Zawsze dotyka tego, co nienazwane, a najważniejsze.

"Stary Ekspres Patagoński" nie jest książką wyłącznie podróżniczą. To właściwie rzecz... o wszystkim, co na życie ludzkie się składa - skarbnica cytatów, krótkich analiz, trafnych sformułowań na bez mała każdy temat. To przede wszystkim opowieść o ludziach. Ich zachowaniu się tak w grupie, jak i w samotności, w sytuacjach trudnych, czy przy spotkaniach z przedstawicielami innych narodowości. Theroux udowadnia, jakie olbrzymie pokłady wiedzy o drugim człowieku można odkryć dzięki podróżowaniu, obserwowaniu ludzi na tle historycznych, politycznych i gospodarczych zawirowań danego kraju. To również tekst burzący mity. Rozbijający sielskie wizje kreowane przez biura podróży. To rozdzielanie - wyraziste, bezustanne i wręcz nerwowe – pojęć "turysta" i "podróżnik".
Theroux nie jest sympatyczny. Jest szczery, prawdziwy, bezpardonowy i mądry. A co niezwykle wartościowe – na każdym kroku usuwa w cień swoją osobę, za wszelką cenę starając się nie kreować na bohatera. Brzydzi się takim zachowaniem, obecnym wśród autorów książek podróżniczych. Swoich poczynań absolutnie nie przedstawia w kategoriach rzeczy nie do zrealizowania. Nie mówi o nich jak o wielkich przygodach i niebywałym poświęceniu. Właściwie – snując lwią część swojej opowieści – pozostaje niemal w tle, obecny w sposób dyskretny, nienachalny, a jednak wyrazisty dla każdego, kto właśnie jemu chciałby się przyjrzeć.
Atmosfera chłodu, z którą relacjonuje poszczególne etapy podróży ustępuje w Argentynie, gdzie Theroux spotyka się z człowiekiem, którego uważa za wielki autorytet, stale obecny w jego życiu – Jorge Luisem Borgesem. Opowieści z saloniku Borgesa i portret samego pisarza są niemal rozczulające, tchną niezwykłym ciepłem i poczuciem spełnienia. W tym momencie widzimy zupełnie innego Theroux.

Najkrótszym i chyba najlepszym podsumowaniem moich wrażeń niech będzie fakt, że oto na wirtualnej półeczce czeka już kolejny tekst autora: "Safari mrocznej gwiazdy", a ja najserdeczniej zapraszam Was do wspólnego podróżowania, tym razem przez Afrykę.

Moja ocena: 5,5 / 6

4 komentarze :

  1. A ja lubię czytać książki podróżnicze :) Nie przypominam sobie, żebym czytała o podróży przez obie Ameryki, więc ta jak najbardziej zwróciła moją uwagę :) Zapisałam sobie tytuł i będę na nią "polować" ;) Chociaż, przyznam szczerze, trochę bardziej ciekawi mnie ta podróż przez Afrykę ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie mnie też. Szczerze pisząc do Ameryki Południowej nigdy mnie nie ciągnęło. Do Afryki natomiast - zawsze i ogromnie. To moje wielkie marzenie z gatunku chyba tych nie do zrealizowania. Doszłam zatem do wniosku, że skoro wciągnęła mnie podróż po Ameryce, to co się będzie działo, gdy "pojadę" przez Afrykę!!
    Wiele osób jednak narzeka na Theroux. Piszą, że to wredny malkontent. Ja go bardzo polubiłam. Za maską chłodnego marudy kryje się prawdziwy romantyk.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też od zawsze marzyłam o Afryce, ale wiem, że musiałby stać się chyba cud, żebym mogła tam pojechać ;)
      A jeśli chodzi o tego autora to nigdy nie czytałam jego książek, ba! Nawet o nim nie słyszałam ;) Jestem bardzo ciekawa jakie wrażenie zrobi na mnie ;)

      Usuń
  3. No też jestem ciekawa. Bo to specyficzny pisarz. Ja lubię takich niepoprawnych ;)

    OdpowiedzUsuń