czwartek, 12 lutego 2015

Książki na tłusty czwartek, książki smakowite.


Od samego rana, odkąd tylko zasiadłam do komputera by sprawdzić wiadomości, mam wrażenie, że lada moment monitor zacznie spływać mi lukrem, a z głośniczków wydobędzie się smakowity, wanilią przesycony, aromat pączków, racuszków i innych faworków. Za słodyczami nie przepadam, jednak siła Wielkiego Internetusa jest potężna i uzbrajając się w notes, celem zrobienia listy tłuściutkich zakupów na wieczór, wpadłam na pomysł  kolejnego blogowego wpisu: o najbardziej smakowitych książkach. Znacie takie? Książki, których nie da się czytać bez podgryzania, popijania, zakradania się do lodówki, robienia zapasów na stoliku pod ręką? Mnie przychodzi do głowy całkiem spora ilość tytułów i pisarzy.
Najbardziej chyba dokuczliwym w tym temacie (dokuczliwym, bo na diecie czytać go nie sposób) jest Camilleri ze swym cyklem o komisarzu Montalbano, choć doszłam do wniosku, że goni go Bannalec i jego detektyw Dupine. Obaj autorzy opisują potrawy z południa Europy, składające się przede wszystkim ze świeżutkich ryb, owoców morza, sosów z koralowca, jeżowców, mięs, makaronów przygotowanych na tysiące sposobów, polędwiczek, pachnących ziół i innych kulinarnych cudów. Bannalec preferuje nieco cięższą kuchnię niźli Camilleri. Frytki i pieczony antrykot potrafi opisać w taki sposób, że człowiek w środku nocy pragnie udać się w bliżej niesprecyzowanym kierunku, celem poszukiwania składników na pieczeń. Czytając "Śmierć w Pont Aven" czy kryminały Camillerego nie schudniecie na pewno. Bez kabanosków, kanapeczek czy innych śledzików lektura jedynie Was zirytuje, zamiast sprawić przyjemność, bowiem i Montalbano i Dupine nie potrafią myśleć bez jedzenia, a Wy bez jedzenia nie będziecie mogli czytać o tych przemyśleniach.
No właśnie – śledziki. O nich wprawdzie wypadało by porozmawiać w nadchodzący wtorek, ale już dziś nasuwa się pytanie - czy ktoś potrafił opisać je piękniej niźli Joanna Chmielewska? "Wszystko czerwone", "Kocie worki", "Boczne drogi" czy "Byczki w pomidorach" to kolejne książki, w których i przy których niemal wyłącznie się je, zagryza, częstuje, pochłania. Bigosy Joanny, śledzie Joanny, winogrona Alicji, czy pasztety w tubach to wiktuały, przy opisie których człowiek robi się głodny bez względu na porę dnia lub nocy. Nawet kawa (zakamieniała neska), którą parzy Alicja wydaje się pachnieć wprost oszałamiająco. Co się w świecie Joanny nie udaje? Wymiączka oczywiście. Te gotowane w "Bocznych drogach". Epizod wymiączkowy polecam całym sercem i całą duszą, zaliczając go do jednego z najzabawniejszych w całej twórczości pani Joanny.
A napoje? Cóż, uważam, że wielbiciele Artura Perez-Reverte powinni posiadać dobrze zaopatrzoną piwniczkę z winami, natomiast czytelnicy Philippy Gregory - zapas pitnej czekolady. Ta bowiem leje się hektolitrami w cyklu o rodzie Laceyów, który to cykl można kochać, można go nie cierpieć, ale barwności i zmysłowości w opisywaniu świata odmówić mu nie sposób.

Bez pudełka czekoladek natomiast nie siadajcie absolutnie do opowiadania Iwony Menzel "Pralinki pani Hoppe". Opowiadanie jest smutne, przedstawia uczucia samotnej, starszej kobiety, zapomnianej i odepchniętej przez dzieci w okresie Bożego Narodzenia, lecz opis własnoręcznie wykonywanych przez bohaterkę słodkości na długo zapada w pamięć jako coś niezmiernie pozytywnego.

O dziwo, nie jestem w stanie przypomnieć sobie książki, która opisywałaby puszyste pączki... Może to i lepiej, bo na dworze zimo, nie mam ochoty dreptać do cukierni, a tłustym czwartkiem będę się cieszyć dopiero wieczorem, smażąc racuszki z jabłkami.
Jeśli macie pomysły, co by tu poczytać, zagryzając racuszkiem – proszę o ich podrzucenie. Ja życzę Wam pogodnego i lekkostrawnego Dnia Pączka oraz odpowiedniej lektury przy okazji. 

zdjęcia: tapety.joe.pl ; na pulpit.com ; tapeciarnia.pl

10 komentarzy :

  1. Spojrzałam tylko na pierwsze zdjęcie i od razu nabrała ochoty na coś słodkiego! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja po tym wpisie zeszłam jednak po pączki... Siła internetu jest powalająca!

    OdpowiedzUsuń
  3. Cykl "Kot, który..." - wciąż tam jedli :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak! Przy czym potrawy dla kotów były takie, że człowiekowi ślinka leciała. Dzięki za przypomnienie, mam kilka nieprzeczytanych tomików.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja na razie czytam Nesbo i mam jeszcze ze 4 ksiazki przed soba.
    ale pania Chmielewska bardzo lubie, wszyscy jestesmy podejrzani :) chyba najbardziej, ale ksiazke kucharska tez pamietam. oj tak :)

    pozd
    Ula

    OdpowiedzUsuń
  6. Ulu, czy to Ty brałaś udział w blogowym konkursie?? Zajrzyj proszę na wyniki. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Książka poniekąd kucharska - właśnie tę miałam na myśli.
    Pamiętam wołowinę (bodajże) która była jedzona przez 3 dni (a raczej skrzętnie omijana przez dzieci) a w końcu matka zrobiła z tej wołowiny co to się ugotować nie dało kanapki - które o dziwo zniknęły!
    No i ta jajecznica na czymś bardzo czarnym i bardzo smacznym....
    aha - no i alkohole z trupem w środku - brrrrrrrrr

    :)


    Pozd
    Ula

    OdpowiedzUsuń
  8. no wpisałam się też = zerkam.

    Ula

    OdpowiedzUsuń
  9. Książki poniekąd kucharskiej nigdzie dostać nie mogę! Swego czasu kupiłam ją koleżance, a sobie nie. Koleżanka wyjechała do Ameryki i tyle ją widziano. Do dziś odżałować nie mogę.

    OdpowiedzUsuń
  10. powinnam ja miec, gdzies u babci. Poszukam. Pamietam, ze kupilam takie tanie wydanie....

    Ula

    OdpowiedzUsuń