czwartek, 2 kwietnia 2015

"Malowane dziewczęta Degasa" - wielki powrót do XIX wieku

Po znakomitym "Ojcu chrzestnym" stałam się czytelniczą zgredą, marudą i malkontentką. Przez kilka tygodni książki jawiły mi się jako stos celowo powielanych błędów, językowych wypaczeń, kiczowatych zabiegów i wybujałej metaforyki. Nie podobała mi się żadna powieść - do momentu spotkania z "Malowanymi dziewczętami..." i teraz zupełnie nie wiem, od czego zacząć litanię pochwał.
Zostałam bowiem przeniesiona do czasów Zoli, Degasa, Gounoda, czasów wielkiej sztuki i rynsztokowych namiętności, potężnej biedy  i zapierającego dech  przepychu, a nawet przez chwilę nie miałam wrażenia sztuczności, rozdmuchania, przerostu formy nad treścią.
Buchanan stworzyła fascynującą powieść o sile siostrzanej miłości, tańcu, bezgranicznym pragnieniu wyrwania się z bagna paryskiej nędzy, wreszcie - o determinizmie społecznym i genetycznym.
Autorka dyskutuje z teorią wielkich naturalistów, mówiącą, że los człowieka bez wątpienia uwarunkowany jest wpływami środowiska oraz tym, co w genach przekazują nam rodzice. Dyskutuje, lecz to czytelnikowi pozostawia dotarcie do odpowiedzi, która nie jest oczywista.
Czy zatem jej brzydka bohaterka, Marie, o grubych, "małpich" rysach twarzy, uważanych za znamionujące bestialstwo i degenerację, będąca córką alkoholiczki, potrafi wyrwać się z rynsztoka i zaistnieć na scenie paryskiej opery? Jakie będą komentarze prasy i społeczeństwa, gdy dziewczyna stanie się modelką samego Degasa, "małą, czternastoletnią tancerką", uwiecznioną w słynnej rzeźbie? Czy owe komentarze wpłyną na losy dziewczyny?
Co - tak naprawdę - legnie u podstawy stworzenia rzeźby?


Bohaterkami "Malowanych dziewcząt..." są postacie autentyczne. Poza Marie mamy tu jeszcze do czynienia z dwiema jej siostrami - Antoinette i Charlotte. Dziewczęta po śmierci ojca mieszkają w jednej z najuboższych dzielnic Paryża i próbują zaistnieć na deskach opery jako baletnice. Antoinette zostaje wyrzucona bardzo szybko, a ponieważ nie może liczyć na matkę alkoholiczkę, sama przejmuje opiekę nad dwiema młodszymi siostrami.
Wkrótce jednak jej los splata się z losem innych, również realnie istniejących postaci - mężczyzn skazanych za morderstwo w głośnym paryskim procesie.
Ich także portretuje Degas, zaś fizjonomia obydwu staje się przyczynkiem do głośnych, naturalistycznych dyskusji, które mocno wpłyną na losy wspomnianej już Marie.
 Pierwszoplanową postacią wydaje się być właśnie ona - brzydka, lecz bardzo inteligentna trzynastolatka, którą Degas uwiecznia nie tylko za sprawą słynnej rzeźby, ale także na obrazie "Odpoczynek tancerki", czy "Lekcji tańca".


Siostry van Goethem chwytają się różnych trudnych, wykańczających prac fizycznych, by mieć najskromniejszy posiłek, czy opłaconą dodatkową lekcję, bowiem Paryż końca XIX wieku to miasto kontrastów. Pod kryształowym żyrandolem opery, wśród fresków i marmurów, oklaskiwane przez najbogatszych paryżan tańczą dziewczyny wykończone nędzą, głodem, brudem, niestroniące od złodziejstwa czy prostytucji, zdecydowane na każdy krok, który zapewni im kilka franków. Wychudzone, pracujące ponad siły, rozpaczliwie poszukujące sponsorów, nazywane są "małymi szczurami".
Mimo, że Marie i Charlotte świetnie odnajdują się na scenie i stają się coraz lepszymi baletnicami, wszystko wskazuje na to, że szeroko omawiany wpływ genów i środowiska będzie miał decydujący wpłw na ich losy, zaś finał krótkich karier będzie bezspornie tragiczny.
Antoinette, ich jedyna opoka, wdaje się w bardzo niebezpieczny związek z mężczyzną, który konsekwentnie ciągnie ją na dno, Marie natomiast - usiłując ratować siostrę - popada w coraz większe problemy. Nie bez znaczenia dla jej kondycji psychicznej pozostaje to, jak odbierane są dzieła Degasa i jej własne wizerunki widniejące na wystawach. Marie dochodzi do wniosku, że brzydkie rysy twarzy i fatalne warunki bytowe, rzekomo zapowiadające zgubę i wypaczenie charakteru człowieka, naprawdę do tej zguby ją doprowadzą i podświadomie czyni wiele, by tak właśnie się stało. Dzieje sióstr wydają się przesądzone, a w Paryżu cuda nie mają miejsca.
Znacie taką atmosferę? Chciałoby się rzec, że to Zola w najczystszym wydaniu, a jednak - wierzcie mi - nie znajdujemy w tej powieści nawet cienia schematyczności. Nie ma tu takiej odrzucającej atmosfery i dusznego naturalizmu jak u Zoli. Siostry bardzo się kochają, a ich relacje są znakomicie pogłębione, więc śledzimy rzecz całą ze wzruszeniem i sporą dawką emocji.
Ta powieść to nie tylko zatęchły obraz Paryża, zdeprawowania i tragedii, ale też koronkowy, subtelny, zagadkowy obraz ludzkich uczuć, emocji, dylematów. To tekst mroczny jak tragedie paryskiego półświatka i lekki jak baletnice Paryskiej Opery. Kunsztowny. Zaskakujący. Piękny.
I bardzo, bardzo wciągający.
Moja ocena 5/6.



3 komentarze :

  1. Widzę, że blog pięknieje, a Twoje wpisy jeszcze bardziej :)
    Zachęciłaś mnie! Lista lektur na czas "po obronie" się wydłuża... ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się bardzo i dziękuję za miłe słowo. Jak napisałam na FB - najlepszą rekomendacją dla książki niech będzie fakt, że dla niej właśnie wstałam dziś parę minut po 6.00 i nie zamknęłam jej dopóki nie przeczytałam.

    OdpowiedzUsuń