niedziela, 17 maja 2015

"Waldorff. Ostatni baron Peerelu"

Wzruszyłam się. Rozrzewniłam, rozczuliłam i... rozżaliłam. Bo takiego świata, jak ten przywołany przez Mariusza Urbanka nigdy już nie będzie.
W świetle kamer, przed szeroką publicznością, nie staną już raczej ludzie o takiej gracji i takim poziomie, jak tu wspominani - pełni humoru, klasy, determinacji. Przedstawiciele arystokracji najprawdziwszej, bo umysłowej, duchowej - ceniącej odwieczne wartości, wysoką kulturę, wiedzę i umiejętność właściwego zachowania się w każdej sytuacji.
Czytanie o Waldorffie w czasie przepełnionym przeróżnymi gafami i prostactwami kampanii wyborczej, gdy obserwuje się żałosne poczynania rzekomych elit, mogłoby być istnym rozdrapywaniem rany. Na szczęście tekst pełen jest niezwykłego ciepła, uroku i przezabawnych anegdot, a śledzenie losów Waldorffa, człowieka o niebywałej klasie, niebagatelnym intelekcie z jednej strony może spowodować u czytelnika pojawienie się przeraźliwej wręcz tęsknoty, z drugiej - znakomicie poprawić humor.
Mamy tu świat, jaki nie wróci. Świat pielęgnowania wartości, zdobywania wiedzy, kultywowania wielkich przyjaźni, prowadzenia inteligentnych sporów, czy wznoszenia się ponad urazy. Jest to także świat pięknego, mądrego patriotyzmu.
Obserwujemy życie i poczynania artystycznych elit, raczy się nas masą anegdotek, wspomnień z sytuacji szarych i codziennych, obrazkami gaf nawet, które przytrafiały się Wielkim i Szanowanym sceny muzycznej czy literackiej.
Urbanek z niezwykłą tolerancją, spokojem, ciepłem i zrozumieniem kreśli obraz człowieka, który obserwował i komentował życie Polaków od czasów międzywojennych, poprzez Apokalipsę Spełnioną, komunistyczne zniewolenie, a potem - otumanienie nowo odzyskaną wolnością. Człowiek ów nie zawsze pozostawał wierny sobie, niekiedy dopasowywał się do sytuacji i postępował tak, jak chcieli tego ludzie, których nie szanował, niemniej jednak - przez zdecydowaną większość życia starał się zachowywać własne zdanie, z niewiarygodnym uporem dążył do obranych celów, i zawsze, absolutnie zawsze, wartością dlań najważniejszą pozostawała Sztuka, losy artystów i pielęgnowanie pamięci o nich.
Czytając tę biografię, czytelnik bardzo mocno zżywa się z Waldorffem. Dlatego zakończenie - mocno boli. Niezmiernie przykre jest to, jak wiele racji miał on komentując zachowania społeczeństwa polskiego po wyzwoleniu: chamstwo, agresję, upadek wszelkich wartości, miałkość i płytkość wiedzy, bezustanne zaniżanie poziomu wszystkiego, co istotne. A gdy czytamy o pogrzebie Waldorffa, opłatach za pochówek na Powązkach (których ratowaniu poświęcił 25 lat życia) - aż coś ściska za gardło.
Mimo to, biografię Waldorffa czyta się zdumiewająco lekko, wciąga jak najlepsza powieść, napisana jest z ogromnym poczuciem humoru i prowokuje do sięgania po kolejne teksty. Są rozdziały i fragmenty, od których oderwać się nie sposób. Ja siedziałam jak zaczarowana nad historią przyjaźni Waldoffa z Gałczyńskim, jego perypetiami z rodziną Szpilmannów (swoją drogą zmienił mi się zupełnie sposób postrzegania słynnego Pianisty), czy drobnymi historyjkami z życia codziennego: kupowaniem fiata, wychowywaniem Puzona, obrazkami z domowego zacisza.
Wzruszało mnie to, co pisał o Polsce tak bardzo nam współczesnej, z którą on sam już się żegnał i którą tak bardzo kochał, mimo licznych niedoskonałości.
Tekst polecam całym sercem. Na moim kindlu, dzięki czyjejś uprzejmości, już czeka biografia Brzechwy, również autorstwa Mariusza Urbanka.

Ocena: 6/6

2 komentarze :

  1. Ciekawa biografia, bo też i sam Waldorff był prawdziwie nietuzinkową i barwną postacią.
    Ja mam tego autora biografię Broniewskiego i czeka na razie na czytanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Podobno biografia Broniewskiego jest najlepsza. Najbardziej zachwalana przez czytelników. Niemniej jednak, mnie zdecydowanie bardziej interesuje Brzechwa i zabieram się za niego już za chwilę, by pozostać w tym cudnym klimacie. :)

    OdpowiedzUsuń