piątek, 10 lipca 2015

Kreta - świat w pigułce, utkany ze słońca.


W głębi duszy nie chciałam tam jechać. Miałam Grecji za złe, że nie jest Italią, Sycylią lub Toskanią. Kreta, którą "z łaski na uciechę" wybrałam jako cel wakacyjnego wypoczynku, kojarzyła mi się z nieco gorszym zamiennikiem wymarzonych wakacji. Dlaczego zatem pojechałam? Bo rozpaczliwie potrzebowałam odmiany. Z pewnych powodów czułam się tak zmęczona codziennością, że w którymś momencie myślałam wyłącznie o jednym - zamoczyć się w ciepłym morzu i zapomnieć o wszystkim. Gdziekolwiek. Bliżej, dalej - byle niezbyt kosztownie i kłopotliwie.
Polecieliśmy zatem. Dotarliśmy do małego, skromnego hoteliku w pobliżu Rethymnonu - jednego z trzech najbogatszych w zabytki miast na Krecie. Niewielkiego, ale - jak się okazało - chyba najbardziej urokliwego. A potem wypożyczyliśmy samochód i ruszyliśmy...

I zwiedziliśmy cały świat.
I zobaczyliśmy "całą jaskrawość".
I pokochaliśmy potężnie.
I będziemy wracać.

Bo Kreta jest światem w pigułce. Calutkim światem. Historią skończoną. I przebogatą, przeogromną, niezmierzoną skarbnicą przyrody.

Dlaczego o tym piszę? Bo podobno czytelnicy lubią niekiedy poznać blogera od troszkę innej strony. A czytelników blog ma coraz więcej, coraz bardziej i bardziej mnie to cieszy i każdego równie serdecznie, z taką samą radością witam. Co za tym idzie - z każdym pragnę się podzielić swoim wielkim odkryciem.
Kreta to miejsce, gdzie przepyszne orientalne zabytki są ozdobą weneckich uliczek. Gdzie spotykają się wpływy greckie włoskie i mauretańskie. To kraina, w sercu której znajduje się pałac króla Minosa. Tu, w mrocznej głębi, rzekomo żył potwór Minotaur, a my możemy odwiedzić pomieszczenie, pod którym rozciąga się owa - grozę budząca - siedziba, zajrzeć do niej i uświadomić sobie, że w tym oto miejscu, według mitu, ginęli młodzi Ateńczycy.
W ramach relaksu możemy zajrzeć do łazienki królowej, czy podziwiać salę tronową.





Kreta to również miejsce niewyczerpanego bogactwa krajobrazów. Surowe, kamieniste wzgórza przeplatają się z uroczymi, turkusowo-złotymi plażami. Szmaragdowe wody oblewają spalone słońcem tereny, gdzie żar zdaje się pożerać wszystko do ostatniego źdźbła trawy, a gaje oliwne - jedyne, które od wieków trwają niezmiennie - tworzą iście biblijną aurę.
Taka jest Aptera. Starożytne miasto położone na spieczonych wzgórzach, wśród gajów oliwnych właśnie. Pierwsze wzmianki o Apterze odnaleźć można w zapiskach minojskich pochodzących z XIV wieku przed naszą erą. Dzis, pośród ruin, stoi uroczy kościółek z XII wieku, w powietrzu unosi się przeraźliwie głośny dźwięk cykad, a cały krajobraz utrzymany jest w pustynnych barwach sepii.







Udało nam się tutaj poobserwować pracę archeologów nad starożytnym amfiteatrem. Weszliśmy też do wnętrza cystern z IV wieku, budząc nietoperze i nocne ptactwo.


Na sąsiednich wzgórzach rysuje się imponująca twierdza janczarów, zbudowana z kamieni, które pozostały po zburzonej Apterze, gdy dotknęło ją silne trzęsienie ziemi.



Zadziwienie i oczarowanie podobne temu z Aptery towarzyszyło nam również w porcie w Chani czy w Rethymnonie. Chania wydaje się być miastem dobudowanym do pradawnych ruin, gdzie budynki we włoskim stylu dosłownie wyrastają z mauretańskich fundamentów. Szczególnie zachwyca tutaj port, mury obronne oraz leżący w centrum miasta, renesansowy meczet. 
Spacerując po Chani trudno właściwie określić, gdzie się jest? W Wenecji? Krainie mauretańskiej? A może w baśni z tysiąca i jednej nocy...?







Nie sposób również nie odnaleźć na Krecie cudownych, wąskich uliczek, przywodzących na myśl tak przeze mnie podziwianą Italię. Bogactwo barw i zapachów jest przy tym absolutnie oszałamiające. 


Wzdłuż dróg ciągną się nieprzerwanie żywopłoty z hibiskusów i oleandrów, a ściany domów porastają przepyszne bugenville. Wzgórza, porośnięte winnicami i drzewkami oliwnymi wyglądają jak wyczesane potężnym grzebieniem. 

Wreszcie - najbardziej chyba urokliwy i rozbrajający element kreteńskiego krajobrazu: maluśkie świątynie i ich jeszcze bardziej mikroskopijne miniaturki, rozsiane wśród wzgórz, wzdłuż dróg, w najbardziej niespotykanych miejscach oraz dzwonnice na tle oszałamiająco błękitnego nieba. 
Na tej fotce widnieje kościółek który spodobał mi się chyba najbardziej spośród wszystkiego, co na Krecie widziałam. Kościółek - zwróćcie uwagę - wysokości drabiny, niższy od krzewu. Daję słowo, że zmieściłby się w naszym pokoju w bloku.


Pokochaliśmy Kretę, a ja zachęcam Was bardzo mocno do podróżowania po niej. Nie traktujcie tej przebogatej wyspy jako kurortu, nie siedźcie w hotelach, mocząc nogi w basenach i rozkoszując się małymi kosztami przedsięwzięcia. Po Krecie trzeba jeździć, spacerować, zwiedzać. To - jak wspomniałam - cały świat w pigułce, a kryzys ekonomiczny nie ma najmniejszego wpływu na jego zapierające dech, relaksujące, czyste PIĘKNO.




2 komentarze :

  1. Po mojej pierwszej wizycie na Krecie napisałam: Grecja jest alfą i omegą, początkiem i końcem świata.
    Po przeczytaniu tego wpisu dziko zapragnęłam pojechać tam znów.
    Tymczasem ledwo co wróciłam z Irlandii a drobnym kroczkiem już zmierza ku mnie szalona Barcelona. Tak więc Kreta najwcześniej za rok.... Dobrze jest mieć na co czekać!
    Eunice

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ ja się cieszę, że Cię widzę! Co do Grecji - masz rację: to jest początek i koniec wszystkiego. Mozaika świata, układanka z idealnie pasującymi elementami. Wspaniałe miejsce.
    Barcelony zazdroszczę. Zimą planujemy wyprawę do Włoch. Mój mąż nie był, nie widział i musi koniecznie to nadrobić.

    OdpowiedzUsuń