wtorek, 14 lipca 2015

"System" i nie tylko, czyli co czytałam przed wakacjami.

Czas przedwakacyjny nie jest w moim zawodzie dobrym czasem na pisanie czegokolwiek. Blog w czerwcu porasta mchem i pajęczynami, co nie znaczy, bynajmniej, że życie czytelnicze jego autorki zamiera.
Tuż przed urlopem zafundowałam sobie przedziwną literacką podróż po świecie i historii. Z jednej strony, oczarowana Toskanią i kapitalnymi książkami Ferenca Mate, przemierzałam zatopione w słońcu, winie i rozkosznych zapachach toskańskie wioseczki, Montalcino i Montepulciano, poznawałam co pewien czas jakieś melodyjne włoskie słówko oraz wprowadzałam drastyczne i jakże pozytywne zmiany w swojej kuchni. Wspominając krótką podróż po Italii, byłam wciąż pod wrażeniem ludzkiego geniuszu, śniłam o Florencji, a książki Mate traktowałam jako wykładnię dobra i piękna; taki podręcznik do nauki pozytywnego życia.
Z drugiej strony, gdy na dworze szalał deszcz i z pewnych powodów robiło się zimno i smutno na duszy, sięgałam po książki zgoła inne. Obrazujące świat i ludzi tak odmiennych od beztroskich Toskańczyków, że aż uwierzyć trudno, iż zamieszkują tę samą ziemię i stanowią ten sam rodzaj ludzki.
Znów bowiem wpadły mi w rękę książki o stalinizmie.



Pierwsza z nich, nosząca tytuł "System" lub "Ofiara 44" (org. "Child 44") jest powieścią naprawdę bardzo dobrą, znakomicie skonstruowaną, zaskakującą i mocno poruszającą. Za dowód niech posłuży fakt, że była ona nominowana do nagrody Booker Prize w 2008 roku, a rosyjskie władze zakazały jej dystrybucji. W kwietniu wszedł również na ekrany film zrealizowany na jej podstawie, z rewelacyjną obsadą, który miałam przyjemność oglądać, ale którego zdecydowanie NIE polecam przed przeczytaniem książki. Widzowi umyka bowiem wiele istotnych, wręcz kluczowych, kwestii i mroczne dzieło Smitha nie zostaje docenione tak, jak na to zasługuje. Za wabik niech znowu posłuży fakt, iż w Rosji tego filmu się nie ogląda.

"System" to thriller. Jego głównym bohaterem jest, bez reszty oddany partii i komunizmowi, funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego - Lew Demidow. Żonaty z piękną Raisą, bezkrytycznie zapatrzony w system, żyje spokojnie i - o ile w odniesieniu do stalinowskiej rzeczywistości można użyć tego słowa - szczęśliwie. Z równowagi wyprowadza go dopiero odnalezienie zmasakrowanych zwłok dziecka, które okazuje się być synem przyjaciela oraz karkołomne zadanie, zlecone mu przez partię: Lew ma mianowicie przekonać rodziców zamordowanego chłopca, że w mlekiem i miodem płynącym ZSRR morderstwa się nie zdarzają. Ma wpoić zrozpaczonym przyjaciołom przekonanie, iż dziecko zginęło w wyniku wypadku i musi to uczynić wbrew świadkom, którzy nie potwierdzają takiej wersji zdarzeń...
Gdy Lwu wydaje się, że zadanie zostało wykonane, przełożeni wzywają go na rozmowę i wytyczają kolejny cel. Ma kogoś śledzić, ma na niego donieść, ma zdobyć dowody jego zdrady. Gdy czytelnik i bohater dowiadują się, kim jest owa osoba, można poczuć jak jeżą się włosy na całym ciele...
Lew przystępuje do akcji. Tymczasem zwłoki dzieci, rzekomo rozjechanych przez pociągi, pojawiają się niemal w całej Rosji z upiorną częstotliwością. Na przestrzeni wielu setek kilometrów grasuje psychopata, ale władze absolutnie nie przyjmują tego do wiadomości. Co więcej - zabraniają jakichkolwiek wzmianek i działań dotyczących tej kwestii. Wokół Lwa zacieśnia się krąg coraz groźniejszych, coraz bardziej niebezpiecznych spraw: koleżeńskich zdrad, donosów, problemów małżeńskich. Nikt nie jest tym, za kogo się podaje, nikomu w stalinowskiej Rosji nie wolno ufać, Lew staje się ściganym zwierzęciem i jednocześnie, wbrew przełożonym, próbuje schwytać maniaka. W tle pobrzmiewają echa makabrycznych sytuacji z lat 30-tych i Wielkiego Głodu na Ukrainie, a więzienie na Łubiance pochłania coraz to nowe ofiary.
Powiem krótko - książka doskonała. Świetna konstrukcja, przejmująca treść, napięcie do ostatniej strony, niespodziewane zwroty akcji.
Nic dziwnego, że po takim lekturowym przeżyciu, powieść naszego rodaka, łodzianina - Stefana Türschmida - zdobyła u mnie nieco mniej punktów.
"Mrok i mgła" żywo przypomina znakomitą "Saszeńkę" Simona Sebaga Montefiorego, o której również na blogu pisałam. Nie jest to jednak powieść tak głęboka i tak doskonała pod względem
językowym jak teksty Montefiorego. Podobnie jak Saszeńka traktuje o młodziutkiej dziewczynie, wychowanej na komunistycznych ideałach, która niesłychanie boleśnie zostaje odarta ze złudzeń. Co ciekawe - wątki z życia Soni przeplatane są opowieściami z życia samego Stalina, pokazującymi jego stopniowe popadanie w coraz większe szaleństwo, fobie i obsesje.
Książka ciekawa, warta polecenia, aczkolwiek nie tak znakomita jak wspomniany "System", "Saszeńka" czy - jakże świetne - "W księżycową, jasną noc".
Wspomniane teksty, zarówno te ostatnie, jak i opisywane w zeszłym roku, polecam na chłodniejsze, smutniejsze dni, gdy będziemy potrzebowali dowodu na to, że otaczająca nas rzeczywistość nie jest tak dramatyczna, jak nam się niekiedy wydaje. Bo w przeciwieństwie do ludzi tamtych mrocznych czasów, mamy możliwość wpływania - w większej lub mniejszej mierze - na rozmaite aspekty własnego życia. A nawet jeśli tak nie jest, istnieją ludzie, którzy wyciągną w naszym kierunku pomocną dłoń... bez obaw.

Moja ocena:
System - 5,5 / 6
Mrok i mgła - 4 / 6

0 komentarze :

Prześlij komentarz