wtorek, 14 lipca 2015

"Tysiąc wspaniałych słońc" - książka pisana światłem i krwią.

Wiecie, dlaczego człowiek, który kocha czytać jest niemal bezustannie szczęśliwy? Bo wciąż trafia na skarb, na perłę, na coś, co przenicuje jego serce i myśli, na książki, które nim wstrząsną i wzruszą go tak, jak wstrząsnąć i wzruszyć nie jest w stanie szara codzienność.
O "Tysiącu wspaniałych słońc" czytałam i słyszałam od dawna. Gdy wreszcie zdecydowałam się sięgnąć po sam tekst, nie byłam w stanie oderwać się od niego przez cały wieczór, calutką noc i poranek. Oddech wzięłam dopiero wtedy, gdy książkę skończyłam, spierając się jednocześnie sama z sobą, od czegóż - jak pragnę zdrowia! - powinnam rozpocząć opisywanie Wam powieści tak doskonałej.
Walczyło we mnie tysiąc myśli. Na plan pierwszy jednak wysuwała się stale ta jedna: jestem taka dumna ze swojej kobiecości. Tak bardzo kocham być kobietą w swoim kraju. Szanowaną. Niejednokrotnie komplementowaną. Wykształconą. Pracującą. Mającą możliwość wyjechania w dowolnie obranym kierunku. Mieszkającą w czystym, własnym mieszkaniu. A, co najważniejsze - żyjącą u boku mężczyzny, który nigdy by mnie nie skrzywdził i na którego pomoc zawsze mogę liczyć.
O sensie i celach czytania książek napisano już wiele. Dla mnie jednym z najbardziej wartościowych aspektów obcowania z lekturą jest - o czym już wielokrotnie pisałam - możliwość docenienia własnego życia. Odczuwania wdzięczności wobec rodziny, środowiska, Boga, czy szeroko pojętego przeznaczenia, które rzuciło nas w ten a nie inny fragment świata i historii.
Bohaterki Hosseiniego, mieszkanki Afganistanu, nie miały takiego szczęścia i bardzo im trudno odczuwać wdzięczność.
Akcja powieści rozgrywa się głównie w Kabulu, na przestrzeni około 30 lat. W pierwszych częściach poznajemy wstrząsającą historię dwóch dziewczynek - Mariam i Lajli. Jedna z nich jest prostą, ubogą dziewczyną ze wsi, napiętnowaną jako bękart, odrzuconą przez uwielbianego ojca i targaną wyrzutami sumienia po samobójstwie matki; druga to wykształcona, rozpieszczana przez ojca mieszkanka miasta, która podczas walk mudżahedinów traci całą rodzinę i ukochanego narzeczonego. Kobiety dzieli wszystko aż do momentu, w którym spotykają się obie pod dachem wspólnego męża, tyrana, psychopatycznego okrutnika i żarliwego zwolennika prawa szariatu - Rashida.
Powiedzieć, że wspólny wróg zjednoczył obie żony to za mało. Sprawił on bowiem, że zaistniała między nimi szczególna, przepiękna więź, prowadząca do niebywałego, zastanawiającego poświęcenia.
Prosta z pozoru fabuła prowadzi nas w związku w tym przez takie meandry ludzkiej psychiki i momenty tak pełne wzruszeń, że nie będziemy w stanie oderwać się od lektury ani na chwilę.
Khaled Hosseini ma cudowny dar opowiadania. Snucia poruszających historii pięknym, prostym językiem, pełnym głębokich, trafnych metafor.
Oswojona z rozmaitymi tekstami, rozmaitymi książkowymi "chwytami" popłakałam się nad tą wstrząsającą, ale jakże piękną powieścią, niczym dziecko. Na moim czytniku już czeka "Chłopiec z latawcem", ale zanim się za niego zabiorę, muszę sobie zafundować choćby spacer. Nauczona doświadczeniem wiem już, że Hosseini znów może mnie porwać do tego stopnia, że wrócę do normalności nie wiadomo, kiedy.
"Tysiąc wspaniałych słońc" polecam Wam całym, oczarowanym sercem. Wystawiam tej powieści oczywiście 6-tkę, zaznaczając, że w temacie "Książka roku" pędem wysuwa się ona na czołowe miejsca, walcząc mocno z... - ale nie, o tym porozmawiamy jednak w grudniu. ;)

0 komentarze :

Prześlij komentarz