wtorek, 29 września 2015

Mglisty Londyn, gra pozorów - czy Złodziejka naprawdę jest Złodziejką?

Jak pisałam kilka dni temu na facebooku - z Sarą Waters mam pewien problem. Jest to bowiem pisarka, która absolutnie nie odpowiada mi pod względem światopoglądowym, ale pisze w sposób po prostu kapitalny, operuje pięknym językiem, a nade wszystko zaskakuje, manipuluje, zwodzi, myli i utrzymuje w stanie bezustannego, maksymalnego napięcia. Pierwszą jej powieść, która wpadła mi w ręce - "Ktoś we mnie" - czytałam bez tchu, druga nie podobała mi się pod względem przesłania i mocno godziła w moje poglądy, ale napisana była i skonstruowana tak zręcznie, że... sięgnęłam po trzecią.
I czytałam niemal bez chwili przerwy. Zarywałam noce, bo dzieło jest długie, i co chwilę zastanawiałam się, czy nie powinnam aby zacząć robić notatek, tak bardzo mnie zaskakiwano. 
Wyobraźnia gnała i starała się jakoś rozwikłać przedziwny węzeł. Przestawałam pamiętać, co przeczytałam, co sobie wyobraziłam, co jest prawdą, a co fałszem. Kto kogo okłamał? Kto, w całej tej dość zadziwiającej i nieco makabrycznej plejadzie bohaterów, jest zdrów, a kogo dręczy szaleństwo? Kto jest wytrawnym oszustem, a kto stał się ofiarą oszustwa? Słowem: istny obłęd.
Złodziejka” - fascynująca, mroczna, wiodąca na głębokie, czytelnicze manowce – nie zmieniła ani na jotę moich przekonań, ale dowiodła, że można na dłuższą chwilę odsunąć je na dalszy plan i zachwycić się bez reszty doskonałym słowem pisanym, o czymkolwiek by ono nie było.
Sara Waters słynie bowiem z powieści, w których głównym wątkiem jest miłość homoseksualna. Niekiedy nie udaje się jej uniknąć pewnej tendencyjności, szablonowości i generalizowania, niemniej jednak – jest mistrzynią zwrotów akcji, genialną … oszustką. 
I dlatego właśnie o “Złodziejce” mogę Wam napisać bardzo niewiele, żeby nie zdradzić ani słowem tego, co wbije Was w fotel i każe zapomnieć o całym świecie.
Powiedzmy, że teoretycznie mamy do czynienia z dwiema sierotami, żyjącymi w XIX- wiecznej Anglii, żywo przypominającej tę z powieści Dickensa czy Stevensona. Jedna z dziewcząt wychowuje się w złodziejskiej dziupli, druga – w mrocznej, zaniedbanej, wiktoriańskiej rezydencji.
Pewnego dnia doświadczony, “rasowy” krętacz prosi młodziutką przestępczynię o pomoc w uwiedzeniu arystokratki. Bogata panna ma zostać mu poślubiona, a następnie wywieziona do szpitala dla psychicznie chorych.
I... na tym koniec. Nie mogę zdradzić ani słowa więcej. Po raz pierwszy stracicie głowę mniej więcej po przeczytaniu 1/3 powieści, a potem zapomnicie nawet własnego imienia.
Mglisty Londyn, mroczne szpitale z okrutnymi pielęgniarkami, tajemnicze domiszcze i dyskretna erotyka tworzą naprawdę przedziwny, wielce charakterystyczny klimat.

Zachęcam do poświęcenia “Złodziejce”kilku wieczorów. Warto, naprawdę. Do swych przesłań autorka nie przekonała mnie ani przez chwilę, ale jakości i poziomu jej utworowi odmówić nie mogę. 

Moja ocena: 5/6

2 komentarze :

  1. Nie miałam jeszcze do czynienia z tą autorką, ale mglisty Londyn, o którym piszesz mnie urzekł i z przyjemnością poznam tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Muszę przyznać, że zaciekawiła mnie ta recenzja i chyba skuszę się na książkę tej autorki :)

    OdpowiedzUsuń