niedziela, 24 stycznia 2016

“Tysiąc drzewek pomarańczowych” - jedwabna miłość i habsburski dwór.

Przyszły na świat tego samego dnia, ale w zupełnie różnych warunkach. Dorastały blisko siebie, rozstawały się ze światem jedna obok drugiej, ale nie poznały się nigdy. Umierały w straszliwy sposób, tęskniły, kochały i śmiertelnie bały się trzech rzeczy: samotności, dworu i Inkwizycji.
Maria Luiza przyszła na świat w Paryżu, jako bratanica Króla Słońce i dorastała w cieniu drzewek pomarańczy. Przybyła do Hiszpanii jako żona zdeformowanego, odstręczającego, nieudolnego Karola II Habsburga, który stał się przyczyną jej zguby.
Francesca urodziła się w maleńkiej hiszpańskiej wiosce, w rodzinie hodowcy jedwabników. Za sprawą rozpieszczonego i zdziwaczałego władcy straciła matkę, a z winy zgubnej miłości do kapłana znalazła się w lochach Inkwizycji.
Tysiąc drzewek pomarańczy” to piękna choć przerażająca historia kobiet, które zostały uwikłane w makabryczne, zatęchłe, napiętnowane zdradą, chorobą i zbrodnią sprawy habsburskiego dworu. To powieść z jednej strony elegancka, poetycka, z drugiej – na wskroś naturalistyczna i przerażająca. Dwór Habsburgów jawi się nam jako siedlisko wszelkiego zła i pozornej wiary, zgubnie przeplatającej się z dewiacjami, zabobonem i prymitywizmem. Pod Madrytem rozciągają się lochy Inkwizycji, gdzie snuje się przerażające wspomnienia, a we łzach, lęku i rozpaczy szuka ujścia wiele tęsknot.
Dwie kobiety, dwie różne pozycje społeczne, ale takie same lęki, pragnienia i podobnie makabryczny kres. Jedna uwięziona niemal pod podłogą komnat tej drugiej. Obie doświadczone przez nieudolnego władcę, obie szukające ucieczki w narkotykach, magii lub niebezpiecznych namiętnościach; wykształcone, a niebędące w stanie zapanować nad swoim życiem i zadecydować o swoim losie.
Polecam, zwłaszcza paniom. Powieść jest barwna, klimatyczna, postaci żywiołowe, prawdziwe, a ich historia przykuwa na długie godziny. Ja przeczytałam ją jednym ciągiem, z krótką przerwą na sen. Nie zmieni wiele w naszym życiu, niczego raczej nie przewartościuje, niemniej jednak - niesie uczucie ulgi. Że te makabryczne czasy minęły. Że możemy same dokonywać wyborów. Że mamy większe lub mniejsze możliwości kierowania naszym życiem.
Czas spędzony nad książką z pewnością nie będzie czasem straconym, choć uprzedzam, że należy się przygotować na dość długie opisy. Na przykład związane z produkcją jedwabiu czy hodowlą jedwabników.
Przyznam jednak, że byłam nimi zauroczona. Wielka miłość Franceski do... jedwabiu właśnie, jej “jedwabne” marzenia, rozterki, wspomnienia i plany są – według mnie – potężną siłą tej powieści i świadczą o jej niezwykłości.

Odnalazłam nawet zapomnianą jedwabną apaszkę, której dotąd nie nosiłam ze względu na niekorzystne kolory. Postanowiłam nieco bardziej docenić ten skrawek materiału i zakładać od czasu do czasu jako wspomnienie naprawdę dobrej książki. ;)

Moja ocena: 5/6

1 komentarz :

  1. Książka kompletnie do mnie nie przemawia, nic. A szkoda, bo nie wydaje się na najgorszą.


    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do siebie,
    http://tylkomagiaslowa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń