niedziela, 28 lutego 2016

"Arystokratka w ukropie", a służąca w kominie...

Milada (...) nazwała jeszcze Józefa apostołem zacofania. (...) Natomiast Józef nazwał Miladę postmodernistyczną komsomołką, z tym że zamiast sierpa i młota ma kosiarkę i terminarz. ("Arystokratka w ukropie")



Znacie? Czytaliście?
"Arystokratka..." uchodzi za powieść, która w Czechach nie otrzymała ani jednej negatywnej opinii i ja się temu wcale nie dziwię. Opowieść o losach skromnego acz upiornie skąpego Czecha i członkach jego rodziny, którzy nieoczekiwanie otrzymują w spadku zamek, muszą go utrzymać i stać się w tym celu stuprocentową rodziną hrabiowską - jest rozbrajająca, przezabawna i pełna takiego uroku, jakiego nie spotkałam od czasu czytania przed laty "Trzech panów w łódce..."
Sama rodzina to jeszcze nic. Kostkowie posiadają bowiem troje służących, dwa potężne dogi oraz dziewczę z marginesu pod opieką. Kucharka jest uzależniona od orzechówki, ogrodnik to hipochondryk uzależniony od prozacu, a zakolczykowana i wytatuowana Deniska - uzależniona jest od wszystkiego. Całości dopełnia Józef, mój bezdyskusyjny ulubieniec, kasztelan zamku, który chorobliwie nienawidzi turystów. Niestety, aby utrzymać zamczysko, turystów trzeba będzie nie tylko podejmować, ale w ogóle dostosować rzeczywistość do ich oczekiwań. I to dla grupy osób, które przez wiele lat nie kalały się pracą, okazałoby się zadaniem niemal nie do przeskoczenia, gdyby nie owa posmodernistyczna komsomołka, Milada, która zatrudnia się u Kostków celem postawienia hrabiostwa do pionu, uratowania zamczyska i przywrócenia mu niegdysiejszego prestiżu...
Moja ocena: 5/6 dla obydwu książek

0 komentarze :

Prześlij komentarz