czwartek, 11 lutego 2016

Zima na angielskim dworze...


Mam marzenie. Chciałabym bardzo, aby poza panią Elżbietą Cherezińską ktoś tak pisał o historii Polski, jak Philippa Gregory pisze o historii Anglii. Z pasją, werwą, barwą, przykuwając czytelnika do fotela na długie godziny.

W “Białej księżniczce” spotykamy Elżbietę York, córkę Edwarda IV i siostrę słynnych, zaginionych chłopców z Tower. Elżbieta musi spełnić dane dawno temu przez jej matkę przyrzeczenie i wyjść za mąż za Henryka VII Tudora – władcę, który pokonał pod Bosworth dynastię Yorków, prawdopodobnie kończąc tym samym Wojnę Dwóch Róż.
Dlaczego “prawdopodobnie”? Czy bitwa pod Bosworth nie była ostateczna i rozstrzygająca? Nawet jeśli wiemy, iż była, Gregory zaczyna zasiewać w nas wątpliwość. Henrykowi VII bowiem daleko do doskonałości. Nie sprawdza się ani jako władca, ani jako małżonek. Bywa okrutny, prostacki i wiecznie podejrzliwy. Jako król rządzi nieudolnie, brak mu poziomu, ogłady i autorytetu. Nie ma własnego zdania, kieruje się bezustannie sugestiami swojej matki, Małgorzaty, i tkwi w przekonaniu, że wyłącznie splendorem oraz sztuczną życzliwością zdobędzie serca poddanych. Jako mąż jest zazdrosny o pamięć charyzmatycznego Edwarda IV i jego następcę, Ryszarda Gloucester, któremu serce oddał nie tylko lud Anglii, ale też Henrykowa małżonka.
Elżbieta gardzi mężem, boi się go i nie jest w stanie wykrzesać z siebie żadnych cieplejszych uczuć. Anglicy natomiast zaczynają spiskować. Bunty wyrastają jak grzyby po deszczu. Legenda o zaginionych książętach, synach Edwarda IV, staje się tak żywa jak nigdy wcześniej. Co chwilę odzywają się głosy, dowodzące, że przynajmniej jeden z zaginonych przed laty chłopców – żyje. Sama Gregory zasugerowała nam to w poprzedniej opowieści. Żyje więc i na skutek spisku, sterowanego przez swą matkę, Elżbietę Woodville, najprawdopodobniej wraca do Anglii.
Co w tej sytuacji powinna zrobić żona Henryka? Na świat przychodzi ich pierwszy syn, Artur, a kobieta – choć nie darzy męża uczuciem – związana jest przysięgą nie tylko małżeńską, ale także na wierność królowi. Gdy jej najbliżsi, 11-letni kuzyn i ukochana matka, lądują w Tower, i gdy być może zbliża się zaginiony brat, ona ma być pierwszą, najbardziej lojalną poddaną...

Ledwo skończyłam współczuć Elżbiecie York, gdy w moje ręce wpadła historia Anny Neville – żony Ryszarda III, a tym samym kobiety, którą Elżbieta bardzo skrzywdziła.
Koniec Wojny Dwóch Róż został mi zatem opowiedziany z dwóch różnych punktów widzenia - po raz kolejny, bo to typowy chwyt Philippy Gregory.
I znów nabrałam pewności, że chociaż czytam po raz nie wiem, który tę samą historię, poznaję przebieg tej samej wojny i sylwetki tych samych postaci – nie znudzą mi się one bodaj nigdy, jeśli to właśnie Gregory o nich opowiada.
Jest bowiem coś fascynującego w możliwości oglądania tych samych wydarzeń oczyma konkurujących ze sobą bohaterów, odnajdywaniu punktów wspólnych i śledzeniu prostej a trafnej nauki, jaka z tych historii płynie.
Anna Neville to kobieta oszalała z niepokoju, podejrzliwa, zabobonna, tracąca rozeznanie odnośnie tego, co jest prawdą, a co wytworem jej przerażonego umysłu. Irytująca.
Najpierw pozostaje pionkiem w grze mocarnego Twórcy Królów, swego ojca. Potem – Małgorzaty Andegaweńskiej i jej syna. Wreszcie – drugiego męża. Rozczulająco naiwna, a jednocześnie zapieklona w podejrzeniach i nienawiści wobec królewskiej rodziny nie zauważa tego, co widoczne jest jak na dłoni: swoich rzeczywistych wrogów.
Choć niestabilna i rozhisteryzowana nie budzi sympatii czytelnika, to jednak jej opowieść jest kapitalnym uzupełnieniem cyklu. Gregory znów podsuwa nam własne rozwiązania historycznych zagadek: tajemniczej śmierci Izabeli Neville i jej syna, czy niewyjaśnionego kresu samej Anny.

Przede mną ostatnia powieść – o Małgorzacie Pole, pochodzącej z nienawistnego Tudorom rodu Yorków. Mam wrażenie (zobaczymy, czy się nie pomylę), że powieść ta będzie niejako połączeniem obydwu serii: Tudorowskiej i o Wojnie Dwóch Róż.
Teksty Gregory zatoczą tym samym koło, jak na historię przystało, i znów przyjrzymy się dziejom Katarzyny Aragońskiej, Artura i Henryka VIII, czyli postaci, dzięki którym w ogóle Philippę Gregory poznaliśmy... 

0 komentarze :

Prześlij komentarz