poniedziałek, 25 lipca 2016

Podróż z powieścią w ręku - Spinalonga, wyspa trędowatych.


Spinalonga to niewielka wysepka na wschód od Krety. W XVI wieku Wenecjanie stworzyli na niej fortecę i wyspa stała się terenem nie do zdobycia. Z początkiem XVIII wieku na mocy traktatu politycznego przypisana została Turkom, którzy później, podczas rozmaitych antytureckich wystąpień na Krecie, chronili się na Spinalondze jako uciekinierzy.
Wyspa spodobała im się tak bardzo i tak doskonale służyła przemytniczym celom, że nie chcieli jej opuścić nawet po odzyskaniu przez Grecję niepodległości. Wtedy to Grecy wpadli na pomysł, by otworzyć na wyspie leprozorium. Kolonię dla trędowatych.
O Spinalondze dowiedziałam się z mapy Krety, przewodników, a potem poczytałam o niej w literaturze pięknej. Victoria Hislop stworzyła bowiem poruszającą powieść - “Wyspa” - której akcję osadziła na Spinalondze i w najbliżej położonej, kreteńskiej wiosce Plaka. Dzieje Spinalongi wywarły na mnie tak potężne wrażenie, że w tym roku, ścieżka po ścieżce, budynek po budynku, wyruszyłam śladem bohaterek powieści.
Przede wszystkim uparłam się, że nie popłyniemy na Spinalongę statkiem z Agios Nikolaos, ze zorganizowaną wycieczką i przewodnikiem. Chciałam wyruszyć z Plaki, zwykłą łodzią, i była to bardzo dobra decyzja.
Plaka jest małą, rybacką wioską u podnóża szarych, przytłaczająco nagich, potężnych gór, które zdają się na nią napierać. Wrażenie jest niesamowite, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie, że i w tej cichej wsi rezydowali naziści, a w wśród stromych wzgórz ukrywali się alianci. Góry zdają się przygniatać, sprawiają, że mamy wrażenie duszenia się. Gdy odwrócimy się do nich plecami ujrzymy turkusowe morze i Spinalongę niemal na wyciągnięcie ręki. I to dopiero jest trudne... Ta świadomość, że w tak porażającej bliskości wiosek, kurortów i tętniącego życiem świata znajdowała się kolonia trędowatych, z której nie było powrotu.
Trądem można się zarazić jedynie przez bardzo bliski kontakt z chorym. Niestety, mieszkańcy Krety rzadko zdawali sobie z tego sprawę i sąsiedztwo wyspy bywało dla nich źródłem wielkiego lęku. Ze strony trędowatych rzecz cała przedstawiała się jeszcze dramatyczniej. Mogli obserwować, co dzieje się przed domami i na ulicach wiosek, ze świadomością, że nigdy nie dostaną się na drugi brzeg; nie będą uczestniczyć w wydarzeniach rozgrywających się w odległości tak niewielkiej, że silna osoba mogłaby ją pokonać wpław. Szczególnie tragiczne było to dla osób, które zachorowały w Place i musiały ją porzucić, by do końca życia mieszkać tuż obok. Oczywiście widywanie się z osobami zdrowymi nie było możliwe, a gdy wśród trędowatych urodziło się zdrowe dziecko, było wywożone poza kolonię.


Zwiedziłam ogromną część Krety, ale chyba nic nie wywarło na mnie takiego wrażenia, jak ta bliskość właśnie. Mało tego, pierwszym, co rzuca się w oczy są okna dwóch szpitali, ślepo ziejące w stronę tawern, plaż, domów i ulic. To tam umierali mieszkańcy, a choć trądem trudno się zarazić i nie zawsze przebieg tej choroby jest tak spektakularny, jak podają opisy literackie, to jednak śmierć jest torturą. Gdy po wycieczce usiedliśmy w tawernie, zupełnie nie mogłam skupić się na posiłku. Bliskość tego miejsca jest porażająca, po prostu niesamowita.
Tymczasem w Place życie toczy się odwiecznym rytmem. Jest tu cicho, spokojnie, w powietrzu unosi się zapach morza i pieczonych na grillu potraw. Przy tawernach motorówki oczekują na chętnych do odbycia wycieczki na Spinalongę. To był nasz cel.


***

Po dotarciu do przystani przeszliśmy przez długi tunel. Tędy właśnie biegła - w pewnym sensie ostatnia - droga chorych. Ze świata ludzi zdrowych, który opuszczali na zawsze, wędrowali do miejsca, gdzie czekała tylko śmierć. A jednak po wyjściu z tunelu odsłaniał się przed nimi widok dość nieoczekiwany.
Jest tu bowiem ulica miasteczka, na której musiało tętnić życie! Widzimy domy o kolorowo pomalowanych okiennicach, donice z żyjącymi niegdyś kwiatami, wysuszone na pieprz, ale jednak istniejące przydomowe ogródki, a dalej miejsce pełniące funkcję ratusza, piekarnię (?) z szeroką ladą i wielkim piecem oraz malowniczy kościółek św. Pantalejmona, którego szczególnie ukochali chorzy.


Na wyspie są trzy kościółki, ale to właśnie ten miał dla trędowatych największe znaczenie. Tu odbywały się ważne uroczystości, śluby (tak, tak) i pogrzeby. Nad kościołem natomiast wznosi się serce niegdysiejszej twierdzy oraz dwa szpitale. Stary, gdzie chorzy przebywali w skandalicznych warunkach, stłoczeni jeden na drugim, bez podziału na płeć, oraz nowszy – wybudowany po naciskach na ateński rząd.
Przy głównej ulicy mamy jeszcze zbiorniki na wodę oraz – mieszczące się w dawnych mieszkaniach – muzeum wyspy.
Gdy wejdziemy na nieco wyższe partie Spinalongi - porzucając teren leprozorium i skupiając się bardziej na wenecjańskiej twierdzy - ujrzymy zapierające dech widoki na morze i sąsiednią wyspę.

***

Na Spinalongę przywiodła mnie przede wszystkim powieść Hislop - rzecz o czterech pokoleniach rodziny rybaka z Plaki, na której dziejach trąd położył się szczególnie głębokim cieniem. Znajdziecie tu szczegółowe opisy życia trędowatych na Spinalondze oraz okoliczności, w jakich stąd odpłynęli. Ja nie będę zdradzać Wam wszystkiego, bo powieść jest naprawdę świetna i bardzo wzruszająca. Faktem historycznie dowiedzionym jest jednak to, że mieszkańcy Spinalongi stworzyli sobie takie warunki życia, jakich zazdrościł im niejeden mieszkaniec stałego lądu.
Była to społeczność doskonale zorganizowana, której nie imała się wojna czy jakiekolwiek zewnętrzne problemy. Wśród chorych zdarzały się osoby, dla których wyspa – zamiast być zesłaniem – stała się wybawieniem. Niektórzy, po wyleczeniu, nie byli w stanie odnaleźć się na kontynencie.
Mieszkańcy okolicznych terenów w którymś momencie przełamali swój lęk i – w czasie wojny, głodu, nędzy – rozmaite towary przewozili właśnie ze Spinalongi. Życie w pobliżu tej kolonii obfitowało w skrajne emocje. Niekiedy chciano spalić trędowatych żywcem, niszcząc wszystko, co na wyspie stworzyli, a innym razem – przywożono od nich pieczywo.
Spinalongczycy opuścili to zadziwiające więzienie, gdy wynaleziono lekarstwo na trąd. Grupa chorych, która na nie nie zareagowała, została wysłana do Aten, a całą kolonię definitywnie zamknięto w 1957 roku.
Jeśli znajdziecie się na Krecie, płyńcie na wyspę albo wczesnym rankiem, albo późnym popołudniem. Tylko wtedy unikniecie tłumów ludzi, którzy chyba nie do końca zdają sobie sprawę z tego, w jakim tragicznym miejscu się znaleźli. Żenujący jest widok osób podśpiewujących pod nosem, czy robiących sobie karpiowate selfie.
Nam udało się zostać na Spinalondze niemal w samotności i to dopiero było niezwykłe doświadczenie. W którymś momencie poraziła nas totalna, absolutna cisza. Nawet cykady nie grały. Gdzieś uderzyła, wisząca na jednym zawiasie okiennica, a gdzieś skrzypnęła rama po drzwiach.








 Jest to miejsce niezapomniane, tragiczne i jednocześnie niosące sporą dawkę optymizmu. Wymaga też odrobiny wrażliwości. Nie przewijajmy dzieci pod szpitalem i nie podrygujmy w rytmie zorby, bo to nie czas i miejsce. Spinalonga to dożywotnie więzienie, miejsce strasznej i - do pewnego momentu - nieuchronnej śmierci w niezmiernym cierpieniu. Od innych leprozoriów różni ją to, że mieszkańcy nie zamierzali rozmyślać o bolesnym zakończeniu swego bytu, tylko świetnie zorganizowali sobie ostatnie chwile. Doceńmy to.
Na szczęście nie jestem osamotniona w moich wrażeniach. Sąsiedzi z hotelu, których również namówilimy na tę wyprawę, wrócili wstrząśnięci i natychmiast zakupili “Wyspę” po angielsku.
Życzę Wam, aby w razie wyprawy, Wasze wrażenia były podobne.
Do oglądania większej ilości zdjęć zapraszam TUTAJ.


0 komentarze :

Prześlij komentarz