poniedziałek, 4 lipca 2016

"Światło, którego nie widać" - o słusznej nagrodzie dla świetnej książki.

Cenię sobie powieści nagrodzone Pulitzerem czy nagrodą Booker Prize. Są uniwersalne, ponadczasowe, zadają mnóstwo pytań, często każą poczynić spore zmiany w światopoglądzie.
"Światło, którego nie widać" to powieść smutna, piękna, bardzo wzruszająca, godna zachwytów, z jakimi się spotkała i nagrody, którą otrzymała.
Oto w Paryżu sześcioletnia Marie-Laure powoli traci wzrok, żegnając się z książkami, które tak uwielbiała czytać i tajemnicami potężnego muzeum przyrodniczego, które kochała odkrywać. Ojciec, ślusarz w tymże muzeum, prawdziwa "złota rączka", czyni wszystko, co w jego mocy, by córka nadal mogła się rozwijać i bezpiecznie poruszać po mieście. Konstruuje dla niej wspaniałe, szczegółowe makiety paryskich ulic, dzięki którym dziewczynka coraz lepiej orientuje się w świecie i przyzwyczaja do nowej sytuacji.
Gdy wybucha wojna, Marie-Laure trafia wraz z ojcem do maleńkiego, bretońskiego miasteczka, gdzie spotyka - załamanego po I wojnie światowej i z lekka niepoczytalnego - stryjecznego dziadka. Ten pokazuje jej przedmioty zgoła magiczne, radio i patefon, zdradzając tym samym pewną swoją tajemnicę. Ojciec zaś przystępuje do konstruowania kolejnych makiet, czym ściąga na siebie uwagę posłusznych nazistom sąsiadów.
Jednocześnie, daleko w Niemczech, młodziutki acz genialny Werner, sierota z domu dziecka, dostaje się pod "opiekę" nazistów. Trafia do ekskluzywnej szkoły, gdzie jego niebagatelne zdolności konstrukcyjne zaczynają być dostrzegane przez najwyższe władze i wykorzystywane w tajemniczym celu.
Pewnego dnia Werner trafi do tego samego miasteczka, w którym żyje rodzina Marie. Naziści upomną się o wszystkie istniejące w miasteczku radia i dziewczynka stanie przed problemem zdradzenia tajemnicy stryja. W Paryżu natomiast psychopatyczny, niemiecki znawca minerałów zacznie poszukiwać legendarnego klejnotu. Tego samego, który - być może - zabrał ze sobą ojciec Marie. Naziści zaczną otaczać niczego nieświadomą rodzinę coraz ciaśniejszym kręgiem...
I nie, nie jest to romans. Zdradzę Wam, że główni bohaterowie spotkają się tylko na jeden dzień i będą ze sobą przebywać jedynie kilka godzin. "Światło..." opowiada o potężnej, wzruszającej miłości i ogromnym poświęceniu, ale dotyczą one przede wszystkim członków rodziny. Mówi też o niezwykłej przyjaźni: między starszym panem a jego gospodynią, między członkami malutkiej sąsiedzkiej społeczności, czy między dwoma chłopcami z nazistowskiej szkoły. Ten ostatni wątek, tragiczny, poruszający do żywego, na zawsze zostanie Wam w pamięci. Nawiązuje on do mrocznego tematu wychowywania niewinnego dziecka na nazistę, zmieniania jego osobowości i światopoglądu, przekształcania wrażliwego chłopca w maszynę do zabijania.
Spokojne życie w urokliwym, bretońskim miasteczku, szum fal, zapach morza i rozgrzanego słońcem powietrza, sielskość i pogoda, będą się tu przeplatały z koszmarem nie tyle wojny jako takiej, co przede wszystkim z makabrą życia dzieci, oddanych pod nazistowską pieczę.
Książka Was zauroczy i pochłonie, nie mam co do tego większych wątpliwości. Jeśli jeszcze po nią nie sięgnęliście - poświęćcie jej kilka najbliższych pięknych, letnich wieczorów. Z dobrym nie ma sensu zwlekać...

Moja ocena: 5.5/6

1 komentarz :

  1. Poluję na tę książkę od pewnego czasu - jej opis oraz recenzje czytelników przekonują mnie, że naprawdę warto.
    Pozdrawiam
    http://papierowenatchnienia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń