niedziela, 11 grudnia 2016

Jak bardzo nie lubię Krajewskiego ;)

Leje, wieje, zacina śniegiem i deszczem. Poranne ciemności nie wiadomo kiedy zmieniają się w wieczorny mrok. W taką pogodę i taki ponury dzień po prostu trzeba czytać kryminał. Gęsty, ciężki, tajemniczy, niepoprawny politycznie, klimatyczny i naprawdę dobrze napisany. "Chodził" taki za mną, odkąd wietrznym i ciemnym rankiem otworzyłam oczy i wreszcie, w okolicach południa, podjęłam męską decyzję: ostatni raz daję szansę Krajewskiemu. Ostatni.
I to była doskonała decyzja.
Hala Stulecia we Wrocławiu czeka na swe otwarcie. Nikt nie wie, że pewnej nocy został w niej żywcem zabetonowany majster i jednocześnie stróż na budowie, wraz ze swym psem. Elitę wrocławską przeraziło coś innego: w niemal wykończonej już i oszałamiającej swą niezwykłością Hali dokonano makabrycznego zabójstwa, którego ofiarami stali się czterej gimnazjaliści i tajemniczy mężczyzna, przebrany za czarnoskrzydłego Ikara. Nie sama zbrodnia jednak spędza sen z powiek wpływowym wrocławianom. Zdecydowanie bardziej dręczy ich obawa, że gdy wieść o masakrze w Hali dotrze do cesarza, ten gotów nie zaszczycić swą obecnością uroczystości otwarcia tego niezwykłego przybytku, co mocno odbije się na wrocławskich interesach, a także polityce i kwestiach światopoglądowych. Żydzi obwiniają o rzecz całą Związek Wszechniemiecki, pangermaniści - Żydów i masonów, a robotnicy wykrzykują rewolucyjne hasła, dopatrując się w zbrodni działania zepsutych kapitalistów.
Eberhard Mock przysłuchuje się temu wszystkiemu, wiedząc, że ma przed sobą niebywale trudne zadanie. Naraził się bardzo swemu szefostwu, biorąc udział w pewnej mocno nieobyczajnej "imprezie" i teraz jego praca wisi na włosku. Mógłby zrehabilitować się odnalezieniem zabójcy, ale jak ma to zrobić, gdy kazano mu jedynie siedzieć w bibliotece i odszyfrowywać symbole, których istnienie wcale nie jest oczywiste?
Tymczasem po Wrocławiu znów może zacząć krążyć czarna kareta, zaprzężona w konie z czarnymi pióropuszami, a ukryty w jej mrocznym wnętrzu mężczyzna znów może zbierać krwawe żniwo wśród młodych mieszkańców...
Szczerze polecam jako kryminał, którego bohater przede wszystkim myśli, docieka, dedukuje, a nie bazuje - jak to często u Krajewskiego bywa - na sile własnych pięści. Klimat przy jednoczesnym "zagęszczeniu" zdarzeń pozostaje - jak zawsze - niezrównany. Mam wrażenie, że inni polscy autorzy kryminałów muszą sporo się napracować, by osiągnąć taki poziom. Krajewski nie bazuje na zachodnich wzorcach, ale wyciska ile się da z rodzimej kultury i obyczajowości. Gdy innym autorom udaje się stworzyć powieść bazującą ALBO na wartkiej akcji, ALBO na stworzeniu ciekawej atomosfery - Krajewski osiąga jedno i drugie. Nie lubię go, ale pokornie stwierdzam, że polska scena kryminalna nie ma lepszego autora. Nie lubię go aż tak bardzo, że odświeżę sobie cykl o Mocku i zacznę o Popielskim. A niebawem... jadę na Dolny Śląsk!

2 komentarze :

  1. Ze swojej strony polecam Wojciecha Chmielarza, moim zdaniem jest lepszy od Krajewskiego. Przede wszystkim czyta się go łatwiej. Czytałam wspomnianą przez Ciebie powieść, ale momentami okropnie się męczyłam. W tej książce za dużo jest niemieckojęzycznych nazw.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja książek Krajewskiego nie miałam jeszcze okazji czytać i jakoś nie potrafię się za nie zabrać...

    OdpowiedzUsuń