poniedziałek, 5 grudnia 2016

Małe wielkie życie...

Raz na wiele, wiele lat pojawia się powieść, która zapisuje się w pamięci rzeszy czytelników albo jako swoisty przełom tematyczny, albo jako wybuch emocjonalnego wulkanu. Powieść wstrząsająca, wyjątkowo przykuwająca, od której trudno się oderwać, i która pozostawia wrażenie z cyklu "no, tego jeszcze nie było".
"Małe życie" jest taką właśnie powieścią.
Opowiada o całych dziesięcioleciach przyjaźni czterech mężczyzn, z których postacią centralną jest tajemniczy Jude - makabrycznie traktowany w dzieciństwie, mający za sobą paraliżujące doświadczenia jako nastolatek i przez całe dorosłe życie borykający się ze wspomnieniami krzywd tak potężnych i zadziwiających, że potrafią poruszyć chyba najwytrawniejszego czytelnika, największego twardziela. Historia jego życia odsłaniana jest przed nami stopniowo i fragmentarycznie. Czytamy zatem, bo za wszelką cenę chcemy z owych fragmentów ułożyć całość.
I to mnie właśnie zastanawia...
Na ile ta powieść rzeczywiście jest genialna, a na ile bazuje na prostym w gruncie rzeczy zabiegu? Jedno jest bowiem pewne: takiej tragedii pojedynczego bohatera literatura dotąd chyba nie serwowała, a przynajmniej ja, czytająca dość sporo, nie jestem w stanie przypomnieć sobie postaci, której los można by zestawić z losem Jude'a. Trzeba tu nadmienić, że "Małe życie" nie jest dokumentem, literaturą historyczną, czy thrillerem, ale powieścią obyczajową. Wstrząsającą powieścią obyczajową.
Czytałam z zapartym tchem, ale muszę jednocześnie przyznać, że... no cóż... bohaterowie nie są bohaterami mojego świata. Dlaczego? To temat na dłuższą rozmowę przy filiżance dobrej kawy.
Czytajcie "Małe życie" bo świat nie zapomni o nim przez długie lata. Jude stanie się dla literatury XXI wieku ikoną cierpienia, Willem - szlachetności. Jak odniesiecie się do warstwy obyczajowej, do obrazów życia nowojorczyków, ich wartości, priorytetów i stylu życia - pozostanie oczywiście Waszą sprawą.
Moja ocena: 5,5/6

0 komentarze :

Prześlij komentarz