poniedziałek, 5 grudnia 2016

"Para zza ściany" - o dobrym thrillerze słów kilka.

Gdy Anne i Marco postanawiają wyjść na przyjęcie do sąsiadów, zostawiając córeczkę śpiącą w mieszkaniu obok, do głowy im nie przychodzi, jakim horrorem zakończy się wieczór. Cora śpi, małżonkowie zaglądają do niej co pół godziny, mają też włączoną elektroniczną nianię, a od dziecka oddziela ich tylko ściana, przez którą - nawiasem pisząc - i tak wszystko słychać.
Ponadto dom położony jest w bezpiecznej okolicy, a wejście powinno być oświetlone.
Powinno, ale nie jest. Ktoś wykręcił żarówkę w czujniku ruchu, a drzwi do mieszkania Contich okazują się być otwarte. Dziecka nie ma. Rodzice mocno nadużyli trunków, z chwili na chwilę ich zeznania stają się coraz mniej wiarygodne, makabryczna rzeczywistość miesza się z urojeniami, a na światło dzienne wychodzą mało chwalebne fakty z przeszłości pary.
Ponadto, policja nie znajduje wokół domu żadnych śladów obecności obcej osoby...
"Para zza ściany" to thriller z gatunku tych, które niemal nie potrzebują rekomendacji: cztery osoby, ograniczona ilość podejrzanych, noc, depresja, alkohol i zaginione dziecko. Do tego narracja w czasie teraźniejszym, potęgująca nastrój grozy i gęstość atmosfery.
Czyta się jednym tchem, bez przerwy. A potem stwierdza, że spędziło się czas nad jednym z bezdyskusyjnie najlepszych kryminałów ostatnich miesięcy. Zarezerwujcie sobie 4-5 godzin absolutnie wolnego czasu, bo konieczność przerywania lektury będzie bolesna i może wyzwolić w Was zachowania, które zadziwią otoczenie. Nie czytajcie w podróży i podczas wyjazdów, bo chęć uciszenia najbliższych towarzyszy może zakończyć się skandalem ;) Zdradzę, że próbowałam czytać to na spotkaniu zbliżonym do... rekolekcji. I - no cóż... Nie był to najlepszy moment.
Moja ocena: 5,5/6.

0 komentarze :

Prześlij komentarz