poniedziałek, 5 grudnia 2016

Wędrówek ciąg dalszy - "Pozdrowienia z Korei"

Dzień jeden z wielu: na ploteczki wpada koleżanka z pracy, jemy coś słodkiego, wychodzimy z kawą na balkon i bez większego skrępowania rozmawiamy o wszystkim, co nam przyjdzie na myśl; wspominamy wyjazdy za granicę, krytykujemy, chwalimy, porównujemy. Potem wraca mąż. Jemy kolację z produktów zakupionych bez najmniejszych trudności w dowolnym sklepie o dowolnej porze, przerzucamy kanały telewizji, planujemy wyjście do kina. W nocy czytam. Do wyboru mam nieogarnioną ilość książek, ale przypomina mi się konkluzja rozmowy z moim gościem: chcemy już wracać do pracy. Dzieci poopowiadają, gdzie były na wakacjach, młodzież zaplanuje spektakl teatralny, a grono pedagogiczne - wyjątkowe, naprawdę! - znów będzie miało sto pomysłów na sekundę. Chcemy wracać do szkoły.
I ten temat właśnie przypomina mi o reportażu, który od dawna chciałam przeczytać. Siadam zatem przed internetem, szukam promocji i w środku nocy ściągam książkę, którą czytam niemal do rana, bez przerwy w dostawie prądu, bez konieczności rozglądania się, czy ktoś mnie nie nakryje. Rankiem, robiąc ulubione śniadanie i irytując się na brak mleka do kawy myślę sobie, że właściwie od 24 godzin wykonuję wyłącznie czynności, które w innym kraju są niemożliwe, niewykonalne, zakazane i karane w straszliwy sposób. Żyję jak we śnie innego człowieka. Plotkując z przyjaciółką, chodząc na zakupy, do kina i księgarni, rozmawiając z ludźmi na ulicy czy portalach internetowych - realizuję coś, o czym inny człowiek może tylko pomarzyć. Ale nie marzy, bo NIE WIE, że mógłby żyć tak jak ja. Nie jest nawet świadom, że życie może tak wyglądać. Nie wie, co to swobodna rozmowa, dyskusja, skarga, wyjazd za granicę, czy bodaj do sąsiedniego miasta. Jego wiedza na temat historii, filozofii czy literatury światowej jest zerowa, on sam natomiast nie pojmuje, jak można z własnej woli, w pojedynkę zgłosić się w szkole do odpowiedzi, czy indywidualnie zabiegać o rozmowę z nauczycielem. Całe życie funkcjonuje jako cząstka grupy i nie wyobraża sobie oderwania się od niej nawet na chwilę. Nie zna czegoś takiego jak "ogólnodostępny internet", ba - nawet studiując na elitarnej technicznej uczelni nie wie, że taka sieć w ogóle istnieje. Nie potrafi wskazać na mapie Paryża czy innych światowych stolic lub najważniejszych zabytków, nie bardzo rozumie, czym jest gra w tenisa lub jazda na nartach, bo wiążą się one z indywidualnym działaniem; nie pojmuje zaimka "moje", bo od urodzenia do śmierci używa wyłącznie słowa "nasze". Nie chodzi w dżinsach, bo Ukochany Wódz nie lubi koloru niebieskiego, nie potrafi - w wieku 20 lat - wyobrazić sobie randki z dziewczyną, wycieczki do zabytkowego miasta, oprowadzenia turysty i rozmawiania z nim o własnym kraju... O nic nigdy nie pyta, bo nie wolno, a gdy jakiekolwiek pytanie padnie jednak z jego ust, będzie albo niewiarygodnie infantylne, albo - przygotowane i podsunięte przez donosiciela.
A przecież jest, w głębi duszy, taki jak wszyscy młodzi ludzie - ciekawy świata, pragnący być kochanym i potrzebnym, pochwalonym i docenionym. Indywidualnie, szczerze, nie zbiorowo.
Autorka wstrząsającego reportażu "Pozdrowienia z Korei" jest pisarką, pochodzącą z Korei Południowej, która - uwaga - udaje misjonarkę, udającą nauczycielkę. W 2011 roku wyjeżdża do stolicy Korei Północnej, by tam uczyć angielskiego na największym, elitarnym uniwersytecie - PUST (Pyongyang Uniwersity of Science and Technology). Uniwersytet został założony i jest utrzymywany ze środków kościoła ewangelickiego i z tego tylko względu jako jedyny uniwersytet w Korei nie podlegał, w pewnym momencie, zamknięciu. Obwarowaniom, obostrzeniom, nakazom i zakazom jakim podlega nauczycielka nie ma końca. Są one o tyle straszne, co absurdalne i sprawiają, że życie w Korei jest makabryczną realizacją Orwellowskiej wizji. Autorka natomiast jest w sytuacji o tyle trudnej, że śmiertelnie bojąc się doniesień, kar, deportacji czy więzienia - coraz mocniej przywiązuje się do swoich uczniów i coraz bardziej pragnie uczynić to, co absolutnie zakazane: pokazać im świat na zewnątrz...
Genialna książka, świetna. Warto ją przeczytać choćby po to, by docenić naszą rzeczywistość oraz osobę, która bardzo się narażała, by ją dla nas napisać.

0 komentarze :

Prześlij komentarz