środa, 28 grudnia 2016

"Zabić arcyksięcia" - historia pierwszych ofiar Wielkiej Wojny.


Wiemy o nich bardzo niewiele. Podręczniki do historii wspominają tych dwoje ludzi dosłownie jednym zdaniem, podkreślającym, że zamach na ich życie był aktem bezpośrednio rozpoczynającym I wojnę światową. Franciszek Ferdynand i Zofia Chotek funkcjonują w naszej świadomości tylko jako figury i ofiary. A co o nich wiadomo z czasów przedwojennych? Co wiemy o ich wielkiej, zakazanej miłości, upokorzeniach, jakim byli bezustannie poddawani, bogatych, barwnych charakterach, godnej podziwu sile i wieloletnim, codziennym cierpieniu?
"Zabić arcyksięcia" to okrutna, a zarazem piękna baśń o wielkim poświęceniu, głębokiej miłości i wprawiających w osłupienie realiach życia na wiedeńskim dworze, należącym do "pierwszej", bodaj najsłynniejszej dynastii w dziejach Europy.
Podczas jej czytania można zadać sobie pytanie, w czym Habsburgowie przodowali tak naprawdę? Ja mam wrażenie, że przede wszystkim w okrucieństwie i nieludzkim, bezwzględnym uporze. Dalej w małostkowości, pragnieniu zemsty, bezgranicznym, bezdennym, absolutnie nieogarnionym egoizmie i egocentryzmie, wreszcie w kultywowaniu zasad, które wstrząsnęłyby sumieniami każdego, kto Habsburgiem nie jest. Opisy poszczególnych elementów dworskiej etykiety i założeń, jakimi kierują się członkowie dynastii, (irracjonalnych, absurdalnych, a pielęgnowanych i przestrzeganych z niebywałym pietyzmem) sprawiały, że czytam ten tekst z mieszanką osłupienia i dziwnej fascynacji.
Bo Habsburgowie to nie ludzie, to stan umysłu - taką prawdę zdają się przekazywać historie wielu scharakteryzowanych tu postaci, często "odczarowanych", zupełnie innych niż te, jakie znamy z familijnej popkultury.
Książkę czyta się świetnie i jeśli macie kilka dni wolnego czasu, sięgnijcie po nią koniecznie, bo to jedna z tych pozycji, których się nie przerywa. Jest to biografia, ale utrzymana w kapitalnym klimacie. Wiedeński dwór rozpościera się przed nami wszystkie swe lodowate i pozorne uroki, w każdym, najmniejszym detalu. Opisy komnat, strojów, muzyki sprawiają, że historię niezwykłej pary czyta się z niesłabnącym zaangażowaniem. Warto tutaj koniecznie zwrócić uwagę na materiał źródłowy, który jest niesłychanie bogaty i dzięki któremu każdy akapit tej historii, każdy fakt, jest jak najsolidniej udokumentowany.
A zakończenie poraża. Wstrząsa. Bardzo długo nie można o nim zapomnieć. Jak dobrym pisarzem trzeba być, aby sprawić, że czytelnik nie będzie mógł spokojnie śledzić historii, którą przecież zna? Jak trzeba umieć operować językiem, by opowiadać o sprawach znanych tak, że się czytelnika - kolokwialnie pisząc - "miażdży"?
Zżycie się z bohaterami sprawiło, że musiałam opuścić rozdział o zamachu i wrócić do niego dopiero po epilogu i odpoczynku. A przecież po 28 czerwca było już tylko gorzej: historia Maxa, Sophie i Ernesta wzrusza potężnie. Wyrzucenie ich z rodzinnego domu, zakaz zabrania pamiątek, pobyt w obozach koncentracyjnych, strażnicy gestapowscy i sowieccy, bezustanne próby rehabilitacji rodziców i wreszcie to zdanie, mówiące, iż całe życie zabraniano im być Habsburgami, a byli warci więcej niż wszyscy Habsburgowie razem wzięci - sprawiają, że tej książki nie da się zapomnieć.
Wspaniała. Monumentalna. Od pierwszego do ostatniego akapitu.
Po prostu chylę czoła.

3 komentarze :

  1. Skoro chylisz czoła, to koniecznie muszę sięgnąć po tę ksiażkę. Czuję, że mi się spodoba :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ona nie może się nie podobać. To niemożliwe.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Odnośnie etykiety, którą jesteś oburzona, co jest uzasadnione. O wielu zwyczajach i zasadach dla mnie osobiście kontrowersyjnych po prostu nie wiemy. Podobne zasady panowały u Romanowów, w dynastii Windsorów, dynastii Bernadotte, czy z dynastii Burbonów. Nie lepiej w polskich rodach arystokratycznych... Jeśli nie wiemy o co chodzi, to zawsze chodzi o ogromne majątki - nigdy o dobro, o szczęście czy miłość.

    OdpowiedzUsuń