niedziela, 1 stycznia 2017

Kryminał na sylwestrową noc - "Głowa Minotaura"

Nie lubię sylwestra. Nigdy go też z mężem jakoś szczególnie nie celebrujemy. Ot - kolacja, wino, planszówka, obowiązkowa kłótnia przy tejże, a gdy mąż zaśnie - również i książka ;)
Jeśli i Wy w podobny sposób spędzacie ostatnią noc grudnia, polecam kryminał, którego akcja właściwie rozpoczyna się w sylwestrową noc 1937 roku.
Bohaterem jest - jakże przeze mnie nielubiany! - Eberhardt Mock, którego nie cierpię tak serdecznie, że oto czytam kolejną powieść z jego udziałem, polecam ją gorąco i - z pokorą wielką - uznaję za swego rodzaju majstersztyk.
Mock służy w abwehrze, do której uciekł powodowany wielkim wstrętem do gestapowców, którzy coraz mocniej ingerują w sprawy wrocławskiej policji. Pech chciał, że jednego z nich właśnie przydzielono mu jako partnera przy rozwiązywaniu makabrycznej sprawy: oto anonimowa dziewczyna, przypadkowo określona przez hotelowego portiera jako Anna Schmidt, zostaje zgwałcona i uduszona przez tajemniczego osobnika, który przed śmiercią ofiary jest jeszcze uprzejmy... pożreć jej twarz. Na skutek pewnych działań Mock dowiaduje się, że identyczne zabójstwa miały miejsce dwa lata wcześniej we Lwowie - mieście pogardzanym przez Prusy i wzajemnie Prusaków nienawidzącym. Pierwsza rozmowa Mocka i lwowskiego komisarza policji - Edwarda Popielskiego - nie należy do udanych, wkrótce jednak niepokorny Mock otrzymuje rozkaz udania się do Lwowa i rozpoczęcia tam śledztwa. Jak ułoży się współpraca dwóch dandysów i smakoszy, "zakręconych" na punkcie filologii klasycznej? Jaki wpływ na ich relacje będzie miał fakt, że Mock gardzi pruskimi układami, a poniżanie mieszkańców Lwowa zaczyna doprowadzać go do szału?
Przeczytajcie koniecznie, bo to przygoda nie tylko emocjonalna, ale i intelektualna, choć z pewnością nienadająca się dla wrażliwców, którzy na kartach ksiąg szukają jedynie klasycznego piękna i kryształowej subtelności ;) Kłótnia Mocka z przełożonym, dotycząca błędów językowych i tożsamości zabitej dziewczyny to majstersztyk, kapitalnie obrazujący złożoność problemów. Krajewski żongluje językiem i atmosferą: raz jest mrocznie, raz z humorem, raz nieudolnie (język raportów policyjnych), raz prześmiewczo.
Tak, zaczynam cenić tego pisarza bardzo mocno.
I zaczynam wierzyć, że nie ma w Polsce twórcy kryminałów, który tak łączyłby klimat, akcję, lekkość stylu i erudycję, przy całkowitym wyzbyciu się nachalnego pędu do naśladowania zachodnich wzorców.
Zaopatrzcie się tylko w rozmaite spożywcze wiktuały, bo tym razem kwestia jedzenia zostaje podwojona: niesamowite ilości pochłania już nie tylko Mock, ale i Popielski; zwiedzamy nie tylko restauracje wrocławskie, ale też spelunki Lwowa (w których ponoć jedzenie jest najsmaczniejsze) i w efekcie cały czas jesteśmy głodni! A wyjść na zakupy jakoś strach...

2 komentarze :

  1. Czytałam całkiem niedawno - strasznie mi się podobało ;) Uwielbiam książki Krajewskiego :)

    OdpowiedzUsuń
  2. http://www.pangrodzki.pl - blog artysty, pisarza

    Zobacz moją nową książkę science-fiction i muzykę techno oraz obrazy olejne na płótnie.

    OdpowiedzUsuń