Nieplanowane, czyli spójrz za siebie...

sobota, 2 listopada 2019

Miałam nie czytać tej książki i nie oglądać filmu. Przecież zdanie na temat aborcji mam wyrobione od wielu lat i nic nie jest w stanie go zmienić, a czytanie o mordowaniu dzieci z różnych względów nie jest w mojej sytuacji wskazane. Doszłam jednak do wniosku, że powinnam zapoznać się z tym tekstem przede wszystkim jako kobieta, nigdy bowiem nie wiadomo, w jakim momencie pamięć przywoła przedstawione tu argumenty. Poza tym, zamykanie oczu na zło nie sprawi, że ono zniknie.

I przeczytałam. Przeczytałam i jestem wstrząśnięta. Nie, nie tym, ile zgód na aborcję podpisała Abby Johnson (ponad 20 000) i jak bardzo praca w klinice rozminęła się z jej ideałami. Nie poruszyło mnie to, że szła do kliniki pełna wiary w rzekomą pomoc niesioną kobietom i nie zelektryzowało, że ta wiara powodowała wszystkimi jej działaniami przez osiem długich lat. Nie wstrząsnęły mną nawet opisy zabiegów...

Sparaliżowała mnie jednak świadomość tego, jak zmieniło się życie Abby i w jak misternym Boskim planie brała ona udział. Jak mocno trzymał ją Pan Bóg i jak szalenie o nią walczył, nie pozwalając się stoczyć. Ile sygnałów, znaków otrzymała... Ile razy była wyciągana z bagna i ponownie w nie wpadała.

"Nieplanowane" doskonale obrazują walkę Boga o duszę człowieka, a h
istoria Abby Johnson mnie osobiście utwierdziła w przekonaniu, że warto jak najczęściej, wbrew panującym poglądom... patrzeć za siebie. Spoglądać w przeszłość i wnikliwie ją analizować. Zewsząd słychać nawoływania do czegoś dokładnie przeciwnego: nie spoglądaj za siebie, idź do przodu, martw się tylko o to, co przed tobą! A ja sądzę inaczej: tylko dokładne badanie naszej przeszłości pozwala nam bowiem stwierdzić, jak bardzo, jak oszałamiająco często Pan Bóg ratował nas z przeróżnych opresji. Jak wyciągał z błędów, jak się nami opiekował, i wreszcie - jak niewyobrażalnie nas kocha. Spoglądanie za siebie - trzeźwe, bez rozpaczy i obwiniania - jak nic innego pozwala nam dostrzec ogrom Bożej opieki. Ale musi to być spojrzenie twarde i obiektywne, bez darcia szat, ale też bez usprawiedliwień. Jaką ścieżką szłam? Ilu ludzi na niej spotkałam i co do mnie mówili? Dlaczego nastąpiło jakieś bolesne wydarzenie? Co by było, gdyby nie ono? Gdzie doszlibyśmy, gdyby Bóg nie trzymał nas tak mocno? Gdyby Mu na nas tak bardzo nie zależało??



Spróbujmy spojrzeć na najboleśniejsze zdarzenia z przeszłości i na nasze największe błędy bez jęku "ach, co ja wówczas przeżyłam", ale z dystansem. Dokąd zmierzałam? Gdzie byłabym dziś? I miejmy świadomość, że bez Boga tak naprawdę nie osiągniemy absolutnie niczego, choć na pozór świat będziemy mieli u stóp.
Czytaj dalej »

Tajemniczo, jesiennie i kobieco - słów kilka o "Córce zegarmistrza".

wtorek, 29 października 2019

Nie lubię określenia "literatura kobieca", a kto śledzi ten blog, ten wie, że czytam wszystko, co w moim mniemaniu jest po prostu dobre: kryminały przeplatam powieściami szpiegowskimi i historycznymi, nie stronię od literatury wojennej, zdarzało mi się także czytywać political fiction czy... pisma Doktorów Kościoła.
Jednak jedną z moich ulubionych autorek pozostaje Kate Morton, a jej powieści bezsprzecznie należy uznać za typowo kobiece. To kobiety są tu bohaterkami, w każdej nieomal powieści kilka pokoleń kobiet połączonych jest jakąś mroczną tajemnicą z przeszłości, kobiety poszukują, odnajdują, zdradzają, mordują i zawsze - bardzo kochają. Jednocześnie należy podkreślić, że powieściom Kate Morton daleko jest do typowych powieści feministycznych. Jej bohaterki są zwykle silne, ale i delikatne, zdecydowane i czułe, kochające i mądre. Ponadto są oddane rodzinie, tęskniące za miłością i z pewnością - bardzo tajemnicze.
Tłem dla tych powieści najczęściej jest angielska wieś i dom - klimatyczny, skrywający mroczną tajemnicę. Ktoś zdradza, ktoś popełnia zbrodnię, ktoś przez całe życie kłamie lub kogoś kryje. Dlaczego zatem, choć sedno rzeczy wydaje się być w każdej powieści podobne, Kate Morton czytywana jest przez rzesze kobiet z taką pasją? Bo zawsze potrafi zaskoczyć. Mam wrażenie, że ilu jej książek by się nie przeczytało - człowiek zawsze otrzyma inne rozwiązanie zagadki niż się pierwotnie spodziewał.
No i ta atmosfera! Piękno angielskiej wsi i tajemnica starych domów, sekrety służby i zawartość tajemniczych skrytek, skrzypiące deski podłóg i suknie cieniutkie jak pajęczyna, tykanie starych zegarów i herbata zawsze podawana w najdelikatniejszej porcelanie... Lubicie takie klimaty? Bo ja bardzo. I zawsze zagłębiam się w nie jesienią...


"Córka zegarmistrza" to powieść o tyle nietypowa, że jedna z narracji prowadzona jest z perspektywy ducha, pokutującego w kolejnej starej, angielskiej posiadłości. Jak córka biednego, londyńskiego zegarmistrza stała się owym duchem? Czy naprawdę to za jej sprawą posiadłość spłynęła krwią i zaprzepaszczony został cenny klejnot? Czy dzieci zawsze są tak niewinne, jak się na pierwszy rzut oka wydaje? No i wreszcie: jakie tajemnice kryła w sobie renomowana szkoła dla panien?
Brzmi ciekawie? Oczywiście. Ale zanim dojdziemy do rozwiązania zagadki, skomplikowanej jak chyba nigdy wcześniej, lektura może nas zirytować. Nagromadzenie postaci i rozmaitych płaszczyzn czasowych jest bowiem ogromne i naprawdę niełatwe do opanowania. Mamy tu lata 50-te i 60-te XIX wieku, czas międzywojenny, powojenny, końcówkę wieku XX i wreszcie rok 2017. Każdy okres reprezentuje inna rodzina lub inna para, przeżywająca odrębny dramat. Domyślenie się powiązań, zapamiętanie relacji rodzinnych i uczuciowych jest zatem potężnym wyzwaniem, ale - zakończenie jak zawsze może zaskoczyć.
Komu Kate Morton z pewnością się spodoba? Kobietom, które szukają w literaturze piękna, odrobiny mroku, tajemnicy, wyraziście nakreślonej atmosfery, bogactwa charakterów, dbałości o szczegół i tradycję. Nie znajdziecie tu politycznych czy obyczajowych starć, feministycznego krzyku lub elektryzujących kontrowersji, ale będziecie miały zagadkę, wiele emocji, barwne postacie i echo powieści Dickensa, czy Bronte. Polecam na długie jesienne wieczory i zapewniam, że będziecie zachwycone.


Czytaj dalej »

O ojczyźnie Ojca chrzestnego, mafii i moich cudownych sycylijskich wakacjach.

sobota, 19 października 2019


Czy wiecie, gdzie słońce jest płynne? Gdzie spływa złotą kaskadą prosto na nas, wdziera się swym żarem do płuc tak, że nie możemy oddychać, zafascynowani i duszący się jednocześnie? Gdzie myślimy, że oto za sekundę umrzemy z gorąca, a jednocześnie będzie to najpiękniejsza ze śmierci? Czy znacie miejsce, gdzie światło... pachnie? Pachnie żarem i zbożem, rozbrzmiewa cykadami i melodyjnym słownictwem, a nade wszystko: muzyką ze ścieżki dźwiękowej "Ojca chrzestnego"?

Takie miejsce to Savoca na Sycylii. Wieś, w której kręcono najgenialniejszą z genialnych powieści, powieść mojego życia: "Ojca chrzestnego".


Powiem Wam, że gdy dziś to wspominam, wzruszenie wciąż chwyta mnie za gardło, a gdy kilka miesięcy temu stałam przed Barem Vitelli, a potem pod kościołem, w którym filmowy Michael brał ślub - miałam ochotę rozpłakać się bez powodu, z czystej radości, że oto tu jestem, że to głupie słońce tak świeci, że muzyka filmowa (nie wiem, jakim cudem Sycylijczycy to organizują) dochodzi zewsząd i że widzę te pamiątki, zdjęcia, przedmioty, i ludzi, którzy pamiętają kręcenie "Ojca chrzestnego".



Pamiętamy z lektury, że tak naprawdę rodzinną wioską Dona było Corleone. Opowiadano nam, że rzeczywiście, Corleone do dziś jest gniazdem mafii i to na tyle znanym, że mafia - mocno sprzeciwiająca się kręceniu filmu - postawiła twardy warunek: zgadza się na film, ale nie pozwala, by ktokolwiek z filmowców znalazł się w Corleone. Wioskę Dona zagrały zatem dwie miejscowości: Savoca z Barem Vitelli oraz Forza d'Agro. Obie obłędnie piękne, wysoko położone, klimatyczne i tak bardzo włoskie, jak tylko możemy to sobie wymarzyć. 


Niedaleko Baru natomiast mieści się dom aktorki, która grała Mamę Apolonii i ona właśnie opowiada turystom ciekawostki z planu filmowego. 
Dlaczego o tym piszę? Bo jeżeli kochacie czytać i macie swoje ulubione książki: nie wahajcie się ani chwili, tylko organizujcie wyprawę życia. Nic na świecie, żaden przewodnik nie zapewni Wam takiej frajdy, jak zwiedzanie danego terenu z książką w ręku. 
Swego czasu zamieściłam tu post o Spinalondze, wyspie trędowatych, którą również odwiedzałam "akapit po akapicie" i zagwarantowało mi to życiowe wzruszenia.
Dziś dzielę się Savocą: 

Oto synowie aktorki. Prowadzą rodzinną piekarnię, gdzie można kupić niesamowity chleb, z boczkiem, oliwkami, pomidorami i czym sobie człowiek zamarzy. Nieco dalej mamy winiarnię z winem "prosto od producenta". Doskonałym tak, że trzymam je w barku i nie znajduję okazji, która byłaby godna wypicia. 

Sycylijczycy kochają i film i książkę. Wciąż zniewoleni działaniami mafii, co widać nieomal na każdym kroku, mają potężny sentyment do "Il Padrino". Cieszą się, widząc zachwyt na twarzach turystów, a Don Corleone jest ikoną Sycylii i wielką dumą jej twardych, silnych mieszkańców.

A teraz najważniejsze: jak dostać się do tego raju? A no bardzo prosto: należy dolecieć do Katanii i albo próbować dojechać do Savoci właśnie stamtąd, albo - co jest bardziej rozsądne, pochłaniające mniej czasu i po prostu piękne - z niedalekiej sycylijskiej perły, czyli Taorminy. Z Taorminy autobusy kursują dosłownie wszędzie, w tym do Savoci oraz Forza d'Agro. A potem... pozostaje już tylko się wzruszać. 
Swoją drogą, o Taorminie też Wam kiedyś napiszę. To przecież właśnie tam uciekała Joanna z "Całego zdania nieboszczyka", by schronić się przed mafią i... zakochać w mafiozie. Muszę Wam powiedzieć, że podzielam zachwyt Chmielewskiej, słynną Grotę Azzurra też sobie obejrzałam i zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. 
To co? Do zobaczenia na Sycylii, Moi Drodzy. :) 





Czytaj dalej »

Mockiem zakończyłam, Mockiem otwieram. Witajcie po przerwie. :)

czwartek, 17 października 2019


Pamiętacie nas jeszcze troszkę? Po trzech latach milczenia nie oczekuję właściwie niczego, a wracam, bo bardzo brak mi notatek o najlepszych, przeczytanych książkach. "Z kartek szelestem" wraca jako obszerny notatnik o tekstach, polecanych Przyjaciołom, opowieściach, nie zawsze nowych i głośnych, ale takich, które nie mogą zagubić się w mrokach mojej osobistej niepamięci. 
Ostatnimi laty staram się postępować w myśl zasady: "Nic nie muszę, wszystko mogę" i niechaj ona właśnie przyświeca temu, co się tutaj będzie zdarzać. Bez spiny, Kochani, powolutku i z przyjemnością... 
Gusta mi się nie zmieniły, wciąż ci sami autorzy zasiadają na moim osobistym Panteonie, dołączyli do nich "jedynie" Abp. John Fulton Sheen oraz o. Augustyn Pelanowski. O nich dwóch może być głośno, podobnie jak o podróżach do Italii i - być może w przyszłości - włoskich książkach. Uczę się bowiem włoskiego, zaszłam dość daleko i to jest mój wielki sukces ostatniego czasu.

A póki co, wracam pod rękę z niekwestionowanym Królem Polskiego Kryminału, Mistrzem - Markiem Krajewskim. 
Bo Krajewski to geniusz. Jeżeli autor, który pisze świetnie, erudycyjnie, lotnie i oszałamiająco inteligentnie może wygrać sam ze sobą i zdeklasować swe poprzednie utwory, to Krajewski w "Mock. Golem" właśnie to czyni. Przekracza własne granice.
W powieści jest wszystko: niesamowita, zapierająca dech wiedza, informacje o kolejnych, szokujących wierzeniach i poglądach, panujących we Wrocławiu początku wieków, zwyczajna dla Krajewskiego panoramiczność, elegancki język, a przede wszystkim - gra z czytelnikiem. To, co lubię najbardziej, a co nigdy wcześniej nie zostało u naszego Mistrza zaprezentowane w tak wyśrubowanym stopniu. Krajewski, który z racji 20-lecia swej twórczości obiecał nam w tym roku dwie powieści, wywiązał się z zadania w sposób niebagatelny. "Dziewczyna o czterech palcach" to trudna, gęsta w treści opowieść szpiegowska, a "Golem" to mistrzostwo beletrystyki, która właściwie już dawno przestała być tylko beletrystyką. To kopalnia wiedzy, rozmach, potężna gra na emocjach i dawka solidnej wiedzy z psychologii, a nawet psychiatrii ubiegłego wieku.
Mock ma na karku stado wrogów, alkoholizm i swą najstraszliwszą Erynię...
Czytajcie koniecznie. Na mojej liście "Mock. Golem" staje się najpoważniejszym kandydatem do Książki Roku, a konkurencję ma zacną. 


Mock ma ponad 30 lat i po śmierci ojca oraz narzeczonej (sprawa czterech marynarzy) jest wrakiem człowieka, alkoholikiem tak sponiewieranym, że balansującym bez ładu i składu na granicy jawy i majaków. Na podobnie zgubnej granicy balansuje sam Wrocław, oczadziały nie tylko wszechobecnym alkoholem, ale też działaniami wulgarnej sekty. Pod makabrycznym wdziankiem, jakie nosi na sobie stolica Dolnego Śląska, pulsuje ponadto coś bardzo niebezpiecznego - rozłam między bogatymi Żydami, polskimi przedsiębiorcami i napływowymi, zatrzymującymi się we Wrocławiu jako przystanku do Palestyny, wynędzniałymi i do szaleństwa zabobonnymi - Ostjuden.
Podczas ataku białej gorączki Mock wpada w kłopoty, przy których wszystkie inne, znane z poprzednich tomów, zdają się być zabawnym nieporozumieniem. Na skutek niebywałego splotu rozmaitych relacji, zażyłości i zależności, staje się śmiertelnym wrogiem dosłownie wszystkich: swego szefa, współpracownika, polskich przedsiębiorców, bogatych i biednych Żydów, ludzi z arystokracji i z półświatka. Ponadto zdarza mu się nie upilnować pewnej małej, bezbronnej dziewczynki, którą w makabrycznym miejscu, zwanym "Sierocińcem" czeka iście piekielny koniec.






Czytaj dalej »

Kryminał na sylwestrową noc - "Głowa Minotaura"

niedziela, 1 stycznia 2017

Nie lubię sylwestra. Nigdy go też z mężem jakoś szczególnie nie celebrujemy. Ot - kolacja, wino, planszówka, obowiązkowa kłótnia przy tejże, a gdy mąż zaśnie - również i książka ;)
Jeśli i Wy w podobny sposób spędzacie ostatnią noc grudnia, polecam kryminał, którego akcja właściwie rozpoczyna się w sylwestrową noc 1937 roku.
Bohaterem jest - jakże przeze mnie nielubiany! - Eberhardt Mock, którego nie cierpię tak serdecznie, że oto czytam kolejną powieść z jego udziałem, polecam ją gorąco i - z pokorą wielką - uznaję za swego rodzaju majstersztyk.
Mock służy w abwehrze, do której uciekł powodowany wielkim wstrętem do gestapowców, którzy coraz mocniej ingerują w sprawy wrocławskiej policji. Pech chciał, że jednego z nich właśnie przydzielono mu jako partnera przy rozwiązywaniu makabrycznej sprawy: oto anonimowa dziewczyna, przypadkowo określona przez hotelowego portiera jako Anna Schmidt, zostaje zgwałcona i uduszona przez tajemniczego osobnika, który przed śmiercią ofiary jest jeszcze uprzejmy... pożreć jej twarz. Na skutek pewnych działań Mock dowiaduje się, że identyczne zabójstwa miały miejsce dwa lata wcześniej we Lwowie - mieście pogardzanym przez Prusy i wzajemnie Prusaków nienawidzącym. Pierwsza rozmowa Mocka i lwowskiego komisarza policji - Edwarda Popielskiego - nie należy do udanych, wkrótce jednak niepokorny Mock otrzymuje rozkaz udania się do Lwowa i rozpoczęcia tam śledztwa. Jak ułoży się współpraca dwóch dandysów i smakoszy, "zakręconych" na punkcie filologii klasycznej? Jaki wpływ na ich relacje będzie miał fakt, że Mock gardzi pruskimi układami, a poniżanie mieszkańców Lwowa zaczyna doprowadzać go do szału?
Przeczytajcie koniecznie, bo to przygoda nie tylko emocjonalna, ale i intelektualna, choć z pewnością nienadająca się dla wrażliwców, którzy na kartach ksiąg szukają jedynie klasycznego piękna i kryształowej subtelności ;) Kłótnia Mocka z przełożonym, dotycząca błędów językowych i tożsamości zabitej dziewczyny to majstersztyk, kapitalnie obrazujący złożoność problemów. Krajewski żongluje językiem i atmosferą: raz jest mrocznie, raz z humorem, raz nieudolnie (język raportów policyjnych), raz prześmiewczo.
Tak, zaczynam cenić tego pisarza bardzo mocno.
I zaczynam wierzyć, że nie ma w Polsce twórcy kryminałów, który tak łączyłby klimat, akcję, lekkość stylu i erudycję, przy całkowitym wyzbyciu się nachalnego pędu do naśladowania zachodnich wzorców.
Zaopatrzcie się tylko w rozmaite spożywcze wiktuały, bo tym razem kwestia jedzenia zostaje podwojona: niesamowite ilości pochłania już nie tylko Mock, ale i Popielski; zwiedzamy nie tylko restauracje wrocławskie, ale też spelunki Lwowa (w których ponoć jedzenie jest najsmaczniejsze) i w efekcie cały czas jesteśmy głodni! A wyjść na zakupy jakoś strach...
Czytaj dalej »

Najlepsze Książki roku 2016

środa, 28 grudnia 2016

Bardzo długo zastanawiałam się, jakie kryteria przyjąć w tym roku, by z 70 przeczytanych pozycji wyodrębnić te najlepsze.
A może w ogóle nie robić zestawienia?
Sama jednak uwielbiam biegać po rozmaitych blogach, zgadując i sprawdzając, co też ludziom podobało się najbardziej, nie chcę więc pozbawiać takiej rozrywki również moich czytelników.
W tym roku postanowiłam podzielić książki na kategorie i wpisać 13 tych, które poruszyły mnie i zadziwiły najmocniej.
Oto one:

Literatura faktu, biografia:

1. Tuwim. Wylękniony bluźnierca.
2. Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit.
3. Nic nie jest w porządku. Wołyń. Moja rodzinna historia.



Kryminał:

4. Istota zła



Powieść historyczna:

5. Królowa
6. Legion



Powieść obyczajowa

7. Tajemna historia
8. Ludzka skaza
9. Ścieżki północy
10. Honor





Przed Wami trzy książki, które uważam za bezdyskusyjnie najlepsze.

Miejsce III - Wyspa



Miejsce II - Uczeń architekta


Miejsce I - Książka Roku 2016 - Zabić arcyksięcia



Czytaj dalej »

"Zabić arcyksięcia" - historia pierwszych ofiar Wielkiej Wojny.


Wiemy o nich bardzo niewiele. Podręczniki do historii wspominają tych dwoje ludzi dosłownie jednym zdaniem, podkreślającym, że zamach na ich życie był aktem bezpośrednio rozpoczynającym I wojnę światową. Franciszek Ferdynand i Zofia Chotek funkcjonują w naszej świadomości tylko jako figury i ofiary. A co o nich wiadomo z czasów przedwojennych? Co wiemy o ich wielkiej, zakazanej miłości, upokorzeniach, jakim byli bezustannie poddawani, bogatych, barwnych charakterach, godnej podziwu sile i wieloletnim, codziennym cierpieniu?
"Zabić arcyksięcia" to okrutna, a zarazem piękna baśń o wielkim poświęceniu, głębokiej miłości i wprawiających w osłupienie realiach życia na wiedeńskim dworze, należącym do "pierwszej", bodaj najsłynniejszej dynastii w dziejach Europy.
Podczas jej czytania można zadać sobie pytanie, w czym Habsburgowie przodowali tak naprawdę? Ja mam wrażenie, że przede wszystkim w okrucieństwie i nieludzkim, bezwzględnym uporze. Dalej w małostkowości, pragnieniu zemsty, bezgranicznym, bezdennym, absolutnie nieogarnionym egoizmie i egocentryzmie, wreszcie w kultywowaniu zasad, które wstrząsnęłyby sumieniami każdego, kto Habsburgiem nie jest. Opisy poszczególnych elementów dworskiej etykiety i założeń, jakimi kierują się członkowie dynastii, (irracjonalnych, absurdalnych, a pielęgnowanych i przestrzeganych z niebywałym pietyzmem) sprawiały, że czytam ten tekst z mieszanką osłupienia i dziwnej fascynacji.
Bo Habsburgowie to nie ludzie, to stan umysłu - taką prawdę zdają się przekazywać historie wielu scharakteryzowanych tu postaci, często "odczarowanych", zupełnie innych niż te, jakie znamy z familijnej popkultury.
Książkę czyta się świetnie i jeśli macie kilka dni wolnego czasu, sięgnijcie po nią koniecznie, bo to jedna z tych pozycji, których się nie przerywa. Jest to biografia, ale utrzymana w kapitalnym klimacie. Wiedeński dwór rozpościera się przed nami wszystkie swe lodowate i pozorne uroki, w każdym, najmniejszym detalu. Opisy komnat, strojów, muzyki sprawiają, że historię niezwykłej pary czyta się z niesłabnącym zaangażowaniem. Warto tutaj koniecznie zwrócić uwagę na materiał źródłowy, który jest niesłychanie bogaty i dzięki któremu każdy akapit tej historii, każdy fakt, jest jak najsolidniej udokumentowany.
A zakończenie poraża. Wstrząsa. Bardzo długo nie można o nim zapomnieć. Jak dobrym pisarzem trzeba być, aby sprawić, że czytelnik nie będzie mógł spokojnie śledzić historii, którą przecież zna? Jak trzeba umieć operować językiem, by opowiadać o sprawach znanych tak, że się czytelnika - kolokwialnie pisząc - "miażdży"?
Zżycie się z bohaterami sprawiło, że musiałam opuścić rozdział o zamachu i wrócić do niego dopiero po epilogu i odpoczynku. A przecież po 28 czerwca było już tylko gorzej: historia Maxa, Sophie i Ernesta wzrusza potężnie. Wyrzucenie ich z rodzinnego domu, zakaz zabrania pamiątek, pobyt w obozach koncentracyjnych, strażnicy gestapowscy i sowieccy, bezustanne próby rehabilitacji rodziców i wreszcie to zdanie, mówiące, iż całe życie zabraniano im być Habsburgami, a byli warci więcej niż wszyscy Habsburgowie razem wzięci - sprawiają, że tej książki nie da się zapomnieć.
Wspaniała. Monumentalna. Od pierwszego do ostatniego akapitu.
Po prostu chylę czoła.
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia